Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-31 14:08:02
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VII

Interesy – anegdoty – polowania

Wkrótce po pierwszej wojnie światowej p. Stanisław Pfejfer znajomy ojca z Zarządu Banku Przemysłowców Polskich, a właściciel wielkich zakładów garbarskich w Warszawie "B-cia Pfejfer", zaproponował ojcu przystąpienie do spółki, celem rozbudowy i modernizacji Zakładów.

Propozycja była nader ponętna, bowiem garbarnia Pfejferów, największa w kraju, cieszyła się ustaloną sławą.

Warunkiem przystąpienia było jednak udzielenie przez ojca ewikcji hipotecznej na swej nieruchomości do sumy 100 000 dolarów. Ojciec długo rozważał tę propozycję. Garbarnia znalazła się w trudnościach finansowych, spowodowanych złą koniunkturą, odpadł bowiem rynek rosyjski. Ostatecznie jednak ojciec odmówił. W tym okresie widoki na przyszłość stanowiły wielką niewiadomą, państwo Polskie /pis. org./ dopiero co organizowało się i nie miało ustalonej pozycji na rynkach światowych. Tak wielka suma natomiast, w razie niepowodzenia inwestycji, mogła poderwać finanse ojca, stanowiła bowiem bezmała połowę jego majątku.

O p. Pfejfrze, seniorze opowiadano następującą anegdotę: Pfejfer mieszkał na Smolnej, zaś fabryka była na Okopowej. Jadąc kiedyś dorożką z domu do fabryki, dał dorożkarzowi 30 kopiejek, chociaż taksa wynosiła 20 kopiejek. Dorożkarz, wiedział jednak kogo wiezie, popatrzył na dłoń i powiada; "trochę przymało, pan młody, jak jedzie /syn Pfejfra - Józef/ to zawsze płaci pół rubelka". Na to Pfejfer: "bo widzisz, pan młody ma bogatego ojca, a ja nie mam". Kiedy już jestem przy anegdocie to opowiem o przygodzie, jaka się przydarzyła Edkowi Piaszczyńskiemu, późniejszemu spadkobiercy i właścicielowi fabryki "Alfons Mann".

Edek wybrał się kiedyś z panną na spacer do Wilanowa. Idzie sobie aleją nad łachą Wiślaną. Nad wodą siedzi starszy, niepozorny jegomość w cyklistówce, podniszczonej pelerynie i łowi ryby na wędkę. Był to współwłaściciel wielkiej fabryki warszawskiej "Norblin, B-cia Buch i Werner" sam pan Werner, człowiek nader bogaty, ale oszczędny.

Edek, chcąc się przed panną popisać nonszalancją, a nie wiedząc kogo ma przed sobą, poklepał poufale Wernera po ramieniu i pyta: "no jak tam, ojczulku, dużoście rybek nałowili?".

Werner podniósł głowę, popatrzył na Piaszczyńskiego i powiada: "nie przypominam sobie, żebym miał takiego idiotę syna".

Grono przemysłowców i kupców warszawskich założyło pod Karczewiem koło łowieckie "Hubertówka". Klub wydzierżawił duże tereny w okolicy, zakupił działkę, na której założył sad i wybudował piętrową willę.

Była tam na parterze duża jadalnia z żyrandolem z rogów jelenia, z trofeami na ścianach, pokój do gry w karty i z korytarza szereg pokoi sypialni dla członków - łazienka, umywalnie, zaś na piętrze pokoje gościnne. Strzelec Tomczyk i jego żona, jednocześnie kucharka, zarządzali domem. Gospodarzem z ramienia członków udziałowców był p. Voellnagel.

Klub miał piwniczkę, zawsze dobrze zaopatrzoną, w wielkim wyborze. W jadalni wisiały obrazki, gdyby ktoś jednak odwrócił te niewinne ryciny, zobaczyłby po przeciwnej stronie scenki rodzajowe z serii tylko dla dorosłych, przedstawiające sportretowanych członków klubu, między innymi potężnej tuszy p. Haberbuscha, w sytuacjach nader intymnych.

Do klubu prowadziła aleja świerkowa, na końcu której była strzelnica do rzutków. Polowano na zające, kozły, bażanty, cietrzewie, kuropatwy oraz kaczki. Okoliczne zagajniki, obfitowały w dzikie króliki i gołębie.

Ojciec szwagra, p. Władysław Jedlina-Jacobson, podobnie, jak i szwagier, byli członkami, udziałowcami klubu.

W Hubertówce odbyłem "chrzest" łowiecki, właśnie na kaczkach.

W czasie I-szej wojny światowej, latem Jadzia, Genia i Julek gościli w Hubertówce. Ojciec mój nie polował, jeździł jednak do Hubertówki na zaproszenie p. Jacobsona, na karty, mimo to wracał obładowany zwierzyną, jak sam Nemrod.

Ojciec szwagra był świetnym myśliwym. Wybrany viceprezesem eksluzywnego Klubu Myśliwskiego w Warszawie na Kredytowej, jeździł na wielkie polowania na Kresach, zapraszany przez pierwsze strzelby w kraju. Mieszkanie jego na Elektoralnej pełne było wyborowej broni i trofeów myśliwskich najwyższej klasy.

Pan Ignacy Hordliczka, właściciel huty szkła, członek Zarządu Banku Przemysłowców Polskich, zaprosił władze banku - kilkunastu panów - do swego majątku na przyjęcie.

Dwór pański, pokoje gościnne przygotowane z myślą o najdrobniejszych potrzebach gości. Do obiadu panowie przebierali się w smokingi. Tu właśnie na tym przyjęciu doszło do nieporozumienia między moim ojcem, a p. Franciszkiem Karpińskim, który zarzucił ojcu apolityczność. Ojciec wyzwał Karpińskiego. Zastępcy stron, z których jednie pamiętam, ze strony ojca był p. Adam Jaszczołt, dokładali starań, aby incydent zlikwidować.

Cały ranek trwały rozmowy w parku. Do obiadu zwaśnione strony zasiadły pogodzone i odtąd, jak i przed tym incydentem, ojciec i p. Franciszek żyli w serdecznej przyjaźni, aż do kresu swoich lat.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku