Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-31 14:17:45
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VII

Skulscy

W roku 1919 zamieszkali w domu naszym p.p. Skulscy. Inżynier Leopold Skulski wynajął lokal sześciopokojowy, drzwi w drzwi z mieszkaniem moich rodziców. Pochodzili z Łodzi. On kończył chemię w Karlsruhe. Wkrótce po zamieszkaniu na Elektoralnej inż. Skulski został Prezesem Rady Ministrów, albo, jak się to wówczas nazywało: "Prezydentem Ministrów".

Z tą chwilą komenda policji, wystawiła na Elektoralnej dwóch konnych policjantów, którzy patrolowali odcinek od Solnej do Białej, a nadto w bramie naszego domu, dzień i noc czuwał agent policji tajnej. Jaką to stworzyło sytuację dla lokatorów z frontowej klatki schodowej, może świadczyć następujący incydent. Na drugim piętrze mieszkał w tym czasie p. Stanisław Dafner, bogaty kupiec tekstylny, który miał zwyczaj chodzić szybkim, nerwowym krokiem. Kiedy więc p. Dafner po przejściu bramy skręcił jak zwykle szybkim ruchem na klatkę frontową, agent poderwał się, wpadł za nim, zatrzymał go i wylegitymował.

Pan Dafner zbladł i gęsto zaczął się tłumaczyć, że jest lokatorem tego domu na drugim piętrze itp. Sytuację wyjaśnił dozorca domu, stwierdzając tożsamość p. Dafnera. Wkrótce jednak, agenci inwigilujący bramę, poznali nas lokatorów frontu i już żadnych dalszych incydentów nie było.

Państwo Skulscy mieszkali we dwoje, dzieci nie mieli. On postawny, elegancki, przystojny, ona miła, ugrzeczniona, afektowana. Czy byli dobranym małżeństwem - kwestia do dyskusji.

Grała biegle na fortepianie, kiedyś nawet dawała lekcje muzyki. Jako premierowa, dostała od męża nowiutkiego Bechsteina wraz z ogromnym pałacowym kompletem mebli palisandrowych.

Odtąd przez ścianę naszego mieszkania, przy której stał ten fortepian, słychać było często, aż za często, jej muzykę i śpiew. Te wszystkie bowiem wspaniałości nie były w stanie ukoić bólu, jaki przeżywała. Pan Skulski miał synka pozamałżeńskiego z żoną inżyniera Benedeka z Łodzi.

Spragniony potomka p. Skulski, pragnął to dziecko cout que cout zalegalizować na swoje nazwisko.

Na razie, w 1921 roku był znów w gabinecie Wincentego Witosa ministrem Spraw Wewnętrznych i pozornie pożycie małżeńskie trwało.

Dużo polował i nie raz samochód ciężarowy z leśnictwa wjeżdżał w podwórze i zwalał dla p. ministra kozła, dzika i ptactwo.

Skulski urządzał przyjęcia, na których bywał Witos i członkowie gabinetu - toteż w tym czasie każdy wchodzący na schody był bacznie obserwowany przez jednego agenta w bramie i drugiego na pierwszym piętrze klatki schodowej, zwykle udającego, że wygląda przez okno.

Pewnego roku, na imieniny mojego ojca, które wypadały 27 kwietnia, jeden z jego znajomych, właściciel zakładów ogrodniczych w Warszawie, przysłał przez ogrodniczka skrzynkę inspektowych nowalijek, wczesnej wegetacji: różnych sałatek, rzodkiewek, cebulek itp. Chłopiec odniósł zgodnie ze wskazówką na trzecie piętro. Kiedy już czas było siadać do stołu, /tradycyjnie na obiad imieninowy ojca były kurczęta - też o tej porze nowalijka/ p. M. spostrzegł brak przysłanych nowalijek. Zaintrygowany dyskretnie zapytał matki, czy otrzymała przesyłkę. Po telefonicznym sprawdzeniu, że chłopiec oddał skrzynkę pani na trzecim piętrze, p. M. zadzwonił najzwyczajniej w świecie do drzwi mieszkania p.p. Skulskich. Otworzyła sama pani i z rozbrajającym uśmiechem oświadczyła, że owszem są nowalijki, ale sądziła, że je ktoś przysłał dla męża i część zjadła. Tak oto stare przysłowie francuskie znalazło raz jeszcze swe potwierdzenie: "l΄appetit vient en mangant".

Skulski zawsze, osobiście regulował komorne, płacił 300 zł. miesięcznie plus jakieś tam drobne świadczenia. Ojciec przyjmował go w gabinecie, jeżeli rozmowa przeciągała się, pokojówka podawała czarną kawę. Skulski nie należał do ludzi towarzyskich, był raczej zamknięty w sobie i jakby duchowo rozdwojony.

Kiedy przestał być członkiem Rządu i zajął bardzo intratną posadę - rozszedł się z żoną. Zostawił jej całe urządzenie wielkiego mieszkania wraz ze swoim reprezentacyjnym portretem, zawieszonym nad tym nieszczęsnym Bechsteinem. Musiał przy tym odpowiednio alimentować żonę, skoro mogła nadal utrzymywać dwie służące.

Mimo rozejścia, opiekował się nią nadal i odwiedzał co pewien czas. Wszystko to było, jakby wyrazem wdzięczności za jej milczącą zgodę, na faktyczne uznanie pozamałżeńskiego syna.

Zrobiła to niewątpliwie powodowana prawdziwym uczuciem dla męża i pragnieniem jego szczęścia. Jak nam to później sama mówiła, Skulski przyprowadził do niej pewnego dnia swego jedynaka.

Był rok 1932, już po śmierci mego ojca. W tym okresie p. Skulska zbliżyła się do nas, nie raz wieczorami, przychodziła na herbatkę i pogawędkę z moją matką i Genią.

Często przez ścianę, słychać było jej grę w pustym salonie. Grała smutne utwory, a czasami śpiewała. Głosu nie miała, jej śpiew przypominał psalmy żałobne, które się nie śpiewa, a jęczy.

W 1939 roku Skulski wyjechał z nową swoją rodziną na Wschód. Czy przedostał się do Rumunii, wątpliwe, wszelki ślad po nim zaginął.

Pani Skulska natomiast nadal mieszkała u nas. W czasie oblężenia Warszawy, szrapnel zdemolował część jej mieszkania. Wkrótce jednak, pozbawiona renty mężowskiej, wyprowadziła się na Chłodną 7, do domu Wernerów, gdzie zamieszkała u zaprzyjaźnionej z nią p. Jędrzejewskiej.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku