Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-31 14:24:01
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VII

Konstanty Lentz

Sąsiadem naszym na Elektoralnej był p. Konstanty Lentz. Rodzina Lentzów miała dom na rogu Mirowskiej, naprzeciw nr 16-go Fragetów.

Było ich kilku braci: Stanisław, znakomity portrecista, Konstanty, adwokat b. vice-minister Spraw Wewnętrznych, ostatnio Szef Kancelarii Prezydenta R.P., wreszcie trzeci brat Władysław, nieco ułomny, przezywany "piękną Heleną". Ten odkąd pamięcią sięgnę nic nie robił, grał w karty, ponoć parał się pisaniem sztuk teatralnych. Codziennie wyświeżony, w brązowym meloniku, jechał dorożką do pobliskiej Resursy Kupieckiej, gdzie mu czas schodził do świtu. W dzień odsypiał noc, a wieczorem znów do Resursy.

Żaden z synów Lentzów nie grzeszył urodą, podobno wdali się w matkę. Pan Konstanty Lentz, zwany wśród przyjaciół "Kociolentz", był osobą nader popularną w Warszawie. W czasach Piłsudskiego, wrócił do dawnego trybu życia, z powrotem stał się bywalcem Semadeniego. Z ojcem moim znali się od wielu lat. Kapitalny był widok, jak ci dwaj panowie, wracając z posiedzenia Towarzystwa Kredytowego, szli sobie wolniutko, spacerkiem wzdłuż sztachet Ogrodu Saskiego i co chwila przystawali, coś sobie gorąco opowiadając. Wzajemnie się odwiedzali w interesujących ich sprawach nieruchomości i podatkowych. Kiedyś został u nas na niedzielnym obiedzie, miał jednak sposób jedzenia, który mógł odebrać apetyt współbiesiadnikom.

Mecenas, jak ja go tytułowałem, lubiał /pisownia org. przyp.red./bawić się przestawianiem sylab, wychodziły z tego rzeczy nader ucieszne. Mnie np. nazywał "Litakowski". Kiedy mu było powiedzieć coś przyjemnego, lub wyrazić uznanie, oblizywał się i kazał sobie to jeszcze raz powtórzyć.

Mieszkanie jego, obszerne, staroświeckie, na piętrze, z oknami do podłogi, zabezpieczonymi drewnianymi balustradkami, pełne było starych mebli. Już w przedpokoju witało wchodzącego wielkie lustro w złoconych ramach, nad mahoniową konsolą. W pokoju na lewo rezydował p. mecenas. Wiele pięknych mahoni, pamiętam oryginalny sprzęcik: szafkę mahoniową na cygara. Wysuwane półeczki, miały otworki na ustawianie cygar, celem ich przesuszenia.

Nad łóżkiem wisiało wielkie płótno, pędzla mistrza Stanisława, autoportret z bratem Konstantym - w tym zestawieniu widziało się dopiero podobieństwo obu braci. Portret ten mało znany, i o ile wiem nigdzie nie reprodukowany, zapewne spalił się w Powstaniu razem z domem.

Jednego lata spotkaliśmy się z p. Konstantym w Gdyni, w pensjonacie "Victoria Regia", na Kamiennej Górze. Panny przepadały za jego towarzystwem, był bowiem bardzo dowcipny, trochę sarkastyczny, ale wobec pań, zawsze pełen galanterii.

W pensjonacie tym mieszkał p. Edward Rajff, uwodzicielsko przystojny brunet, kawaler, nie pierwszej młodości. W tym czasie przyjechała do pensjonatu na wczasy wraz z dziećmi, jakaś dama bardzo korpulentna. Okazało się, że była niegdyś jego narzeczoną. Wieczorem, kiedy owa dama usiadła w salonie w fotelu, pamiętam, że Rajff, siedząc w drugim końcu salonu, nachylił się do mnie i szepnął: "i pomyśleć, że to wszystko mogło być moje".

Jako szef kancelarii Prezydenta R.P., Lentz redagował tekst konkordatu z Watykanem. Otrzymał za to między innymi wielką wstęgę Krzyża Maltańskiego. Posiadał nadto wstęgi innych orderów. Wszystko to składał do szuflady staroświeckiej komody.

Zdarzyło się, że p. Konstanty złamał czy zwichnął rękę. Lekarz polecił unieruchomienie jej na temblaku. Z czego tu zrobić temblak, na razie nie można było znaleźć nic odpowiedniego. Wówczas to stara gospodyni p. Konstantego powiada: "a ma pan przecież tyle tych wstążek w komodzie", na to p. Konstanty "a wiem, masz rację, przynieś mi jedną". Gosposia wybrała czarną wstęgę Krzyża Maltańskiego, w której p. Konstanty paradował po mieszkaniu, aż do wyzdrowienia.

Mimo, że jak wspomniałem był kawalerem wielu orderów, nosił w klapie okrągłą odznakę z napisem w otoku: "grunt się nie przejmować". Było to już w czasach sanacji, po ustąpieniu p. Konstantego ze stanowiska Szefa Kancelarii Prezydenta R.P.

W okresie okupacji, mało wychodził z domu, jego sytuacja materialna wydała mi się nie najlepsza. W tym czasie kupiłem od niego kilka książek, między innymi Wejnerta "Starą Warszawę".

Wreszcie legł, zmożony chorobą. Odwiedzałem go kilkakrotnie. Był samotny, prócz starej służącej, raz tylko spotkałem u niego jakąś krewną.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku