Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-31 15:45:06
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VIII

Konstancin

Wkrótce po pierwszej wojnie światowej, rodzice wznowili swoje wyjazdy na kurację zagranicą. Czasy się jednak zmieniły, nienasycony fiskus, tym razem polski, począł bez ceremonii zaglądać obywatelom do kieszeni, z góry zakładając, że podatnik kłamie.

Pamiętam jak po powrocie ojca z zagranicy, urzędnik w urzędzie skarbowym zakwestionował ojcu złożone zeznanie podatkowe, mówiąc, że posiada wiadomości o wyjeździe rodziców zagranicę i zapytał z jakich funduszy ojciec pokrył ten wydatek.

To pytanie w pojęciu ojca było szczytem zuchwalstwa, odpowiedział mu coś ostro na co urzędnik: "jak pan mnie traktuje, ja jestem urzędnikiem" a ojciec: "piszczyk pan jesteś nie urzędnik" /piszczyk z ruska, to samo co pisarczyk/. Sprawa oparła się o naczelnika urzędu, który ten konflikt załagodził, polecając przyjąć zeznanie ojca. Ale ojciec bardzo to odczuł i długo nie mógł powrócić do siebie, nie mógł pojąć jak ktoś, choć by to był skarb państwa, miał prawo zadać mu takie pytanie.

Cóż, czasy się zmieniają, my dzisiaj w ustroju socjalistycznym, nie takie rzeczy przeżyliśmy i wręcz przywykli do traktowania każdego podatnika jak złodzieja.

Otóż, jak wspomniałem, rodzice na kurację jeździli zwykle w maju, resztę lata spędzaliśmy wspólnie. Przez trzy sezony mieszkaliśmy w Skolimowie-Konstancinie. Ojciec wynajmował parter luksusowej willi "Wersal" p. Ostrowskiego, budowanej niegdyś, dla siebie przez Wiktorię Kawecką primadonnę operetki warszawskiej. Mieszkanie wygodne i bardzo obszerne, z tarasem oszklonym, na którym z powodzeniem mogło zasiąść do stołu 15 osób.

Wzdłuż ścian jadalni biegł fryz z owoców i kwiatów, ręcznie, olejno malowany przez mistrza Marwegera, tego samego, który podobnym fryzem w 1910 roku przyozdobił plafon naszej jadalni na Elektoralnej.

Rodzice przeważnie przebywali w ogrodzie lub na tarasie. Zwykle po podwieczorku wypuszczali się na spacer po Konstancinie, wolniutko z laseczkami przemierzali aleje oglądając z zainteresowaniem nowo wzniesione wille i wymieniając wrażenia ze spotkanymi znajomymi.

Byłem wówczas aplikantem sądowym. W sąsiedztwie mieszkali Edkowie Piaszczyńscy, pp. Mazurkiewiczowie, do których zawsze zjeżdżało dużo młodego towarzystwa, Władek i Mundek dojeżdżali z Warszawy / Jadzia w tym czasie była w Rabce gdzie z uwagi na zdrowie Jasia przebywała 3 lata z rzędu/.

Mile i pogodnie zapisały się w mej pamięci wakacje spędzone w Konstancinie. My, mężczyźni, chodziliśmy wieczorami do miejscowego kasyna, przygrywał do tańca i śpiewał sam Witold Elktorowicz - atrakcja sezonu. Poznaliśmy w tym czasie kilku wojskowych lotników a między innymi, por. pilota Achmatowicza.

Kiedyś wieczorem zasiedzieliśmy się w kasynie, nim się Achmatowicz zorientował, ostatnia kolejka odeszła już do Warszawy. Ja z Władkiem zaprosiliśmy go na noc do nas, wobec czego wysączyliśmy jeszcze jedną butelkę pepermentu z lodem.

W różowych humorach wracaliśmy nocą przez las, wyśpiewując modne wówczas szlagiery z Qui pro Quo "Pani dziś jest bez koszulki", "Zielony księżyc lśni" itp.

Nazajutrz budzę się, otwieram jedno oko i widzę na podłodze dziwną rzecz - strugę wody przy krześle, na którym wisiała moja marynarka, dalej spostrzegam, że przy mundurze Achmatowicza i przy marynarce Władka takie same strugi wody stoją na posadzce. Ki - diabeł?

Sprawa wnet wyjaśniła się. Kiedyśmy rozśpiewani wracali z kasyna, lał ulewny deszcz, przemoknięci do nitki, nawet tego nie zauważyliśmy, Co to znaczy być muzykalnym.

Tego dnia Achmatowicz pozostał u nas na obiedzie, mimo tatarskiego pochodzenia, nasz pobratymiec okazał się dworskim kawalerem. Pragnąc zrewanżować się za przyjęcie, jakiego doznał w naszym domu, prosił Genię by nazajutrz była w ogrodzie w południe. Rzeczywiście punktualnie o 12-ej dał się słyszeć warkot motoru, por. Achmatowicz zniżył lot w sposób ryzykancki zatoczył kilkakrotnie koło nad naszą willą, pozdrowił ręką panie, poczym zrzucił do ogrodu woreczek z balastem, do którego była przymocowana w impregnowanej torbie, wiązanka róż z listem kurtuazyjnym dla matki i Geni.

Przyjemnie upływało nam lato: chodziliśmy na spacery przez skolimowskie "jałowcowe pole", obecnie zabudowane, do lasów kabackich, to znów do kąpieli do Chyliczanki, pełnej malowniczych zakrętów i polanek nadbrzeżnych otoczonych drzewami, łowiliśmy ryby przy śluzie drewnianego młyna, który już wówczas stary, miał wiele romantycznego uroku, jeździliśmy łódkami.

Kiedy łódki nasze mijały łazienkę seminarium duchownego, można było zauważyć na schodkach białe nogi biednych seminarzystów, których śmiech naszych pań wypłoszył z wody i kazał przeczekać tę inwazję pokusy w ukryciu desek łazienki.

Były korty tenisowe, były partyjki kinga i bridge΄a, była niedaleko Warszawa, dokąd wypuszczaliśmy się po zakupy niedzielne i do teatru, nocując na Elektoralnej, gdzie została nasza pokojówka.

Odwiedzały nas kuzynki, to znów znajomi ojca, również i dla moich kolegów urządziła matka przyjęcie. Przyjechali wówczas, Wacek Tyrchowski, Genio Ernst, Bronek Winnicki, Mietek Siewierski, Jasio Malewicz, Bolek Chruścielewski i Zosia Sokołowska, siostra p. Janiny.

Miałem bardzo miłe zdjęcia z ich pobytu - przepadły w popiołach, tak jak przepadło życie Wacka Tyrchowskiego i Bolka Chruścielewskiego, zamęczonych przez Niemców.

Pod koniec życia rodziców, gdzieś w latach 1929-1931, kiedy już trudno im było znieść wysiłek dalszej podróży, znów zamieszkaliśmy w Konstancinie.

Ojciec był już słaby, z Warszawy do Konstancina wyjeżdżali rodzice taksówką, zwykle w towarzystwie Geni i tą samą lokomocją po 6 tygodniach pobytu wracali na Elektoralną wprost do mieszkania, tyle co przejść z taksówki do windy.

Rodzice zatrzymywali się w pensjonacie "Irena", doskonale prowadzonym przez pp.Sudyków. Willa ta stanowiła niegdyś własność stryja Michała. Zajmowali na parterze duży pokój z tarasem na ogród.

Przy niedzieli odwiedzaliśmy rodziców, zawsze Genia i ja, często Mundek, czasami Wacek i Władek i na tym tarasie, wśród otaczających dom świerków spędziliśmy miłe chwile na gawędzie. Każde z nas starało się czymś rodziców zabawić, zainteresowaćć a już mistrzem w tych rzeczach był Wacek.

Ojciec znając nasze apetyty zawczasu zamawiał w pensjonacie przystawki i trunki, obiad jadaliśmy u rodziców na werandzie. Dopiero po kolacji odjeżdżaliśmy do Warszawy.

Matka i Genia Konstancin 1933
Matka i Genia Konstancin 1933.

Po powrocie rodziców z Konstancina, Genia, ja i Julek wyruszaliśmy na wakacje, zwykle nad morze.

W 1931 roku 27 kwietnia, obchodziliśmy w Konstancinie ostatnie imieniny ojca. Pamiętam, kupiliśmy mu z Genią portmonetkę ze świńskiej skóry, do której włożyłem na śzczęście, złotą monetę, 20-złotówkę z Bolesławem Chrobrym, wiedziałem, że mu tym sprawię przyjemność i że z zadowoleniem dorzuci ją do swego zbioru.



Po śmierci ojca /w latach 1932-33/ matka spędzała lato w tymże pensjonacie "Irena", z Genią, która do ostatnich dni życia matki była jej niezastąpioną towarzyszką i opiekunką, jak rzadko która córka.

W dzikiej orgii zniszczenia, jaką Niemcy rozpętali nad Polską, jakimś dziwnym zrządzeniem losu, ocalała fotografia, robiona przez Julka, na niej matka prowadzona pod rękę przez Genię, w alejce świerkowej w Konstancinie.

Patrząc na to zdjęcie, wychodzę im w myślach na przeciw.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku