Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-31 18:27:34
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VIII

Głębocki

Mój patron adw. Kazimierz Głębocki, był dla mnie mistrzem, opiekunem i protektorem. Wykształcony wszechstronnie, doskonały cywilista, umiał przekazywać swą wiedzę młodym i czynił to chętnie.

Było nas dwóch aplikantów: ja i Jerzy Werner, późniejszy sędzia Sądu Wojewódzkiego w Toruniu, nadto był dependent p. Prusiński, zacny staruszek.

Żona patrona, p. Zofia z Piotrowskich, pragnęła dobrze wydać córkę za mąż, uważała, że aby to osiągnąć, należy obracać się w najlepszym towarzystwie a tym samym dorównać temu towarzystwu toaletami i stopą życiową. Ale to kosztuje, a pieniądze wpływały tylko z praktyki męża - było tego o wiele za mało.

Klientelę mego patrona stanowiła przeważnie arystokracja i szlachta kresowa. Procesy toczyły się przed sądami w Równem, Pińsku, Łucku czy Dubnie z odwołaniem do Wilna.

Jednym z jego klientów był p. Józef Kurzeniecki, z matki hr. Ilińskiej. Siostrą jego była hr. Stecka. Kurzeniecki otrzymał ponoć w działach czy w wyniku układu rodzinnego majątek Kopytków w pow. Zdołbunowskim.

Mieli córkę Tusię [1], bardzo ładną panienkę, może 18-19-letnią o typie rosyjskim, ale wychowaną na Zachodzie. Znała lepiej Rivierę włoską czy francuską, niż własne województwo. Władała szeregiem języków obcych z włoskim i hiszpańskim włącznie, natomiast nie widziałem żeby coś, kiedyś napisała po polsku.

Panna Tusia bywała na wieczorkach u p.p. Głębockich i nie raz tańczyliśmy, bawiąc się wesoło w gronie zebranej młodzieży.

Była jedynaczką i p.p. Kurzenieccy pragnęli wydać ją za mąż, za kogoś dobrze urodzonego. Potrzebna była gotówka, dużo gotówki.

Latem panie mieszkały zagranicą, zimą w Warszawie w Hotelu Europejskim.

Kurzeniecki zabrał się energicznie do osiągnięcia zamierzonego celu. Zmienił odwieczną nazwę majątku Kopytków, na Oktawin od imienia żony, jako tako doprowadził bardzo skromny dworek szlachecki do stanu zamieszkania, jako tako umeblował starymi, najkonieczniejszymi meblami i nazwał go "pałacem". Aby usprawiedliwić tę nazwę, kazał zamiast starych drewnianych wrót wjazdowych, założyć bramę żelazną "czugunną", jak mówił.

Trafiał się bowiem kandydat nie lada, bo sam graf Józef Wielopolski [2], znacznie starszy co prawda, rozwodnik, ojciec dwojga dzieci, wychowywanych przez babkę w Małopolsce, ale ... Wielopolski. Wysoki brunet z orlim nosem i brwiami Mefistofelesa - zadłużony po uszy. Panna mu się podobała, a i gotówka by się przydała, bo na to przede wszystkim liczył.

Kurzeniecki robił tę gotówkę w ten sposób, że swoim długoletnim dzierżawcom chłopom, sprzedawał ziemię na dziesięciny i sarzenie za złote, carskie ruble. Taką tylko bowiem walutę w latach 1928-30 w transakcjach ziemią, chłop kresowy uznawał.

Do sporządzenia tych wszystkich umów, jak i na rozprawy w Sądach w Równem i w Urzędzie Ziemskim w Dubnie, jeździłem z ramienia mego patrona.

Kiedyś Kurzeniecki zawiózł mnie do Oktawina. Znałem już przedtem ten dworek w okresie, kiedy go Kurzeniecki zamieniał - na pałac. Tym razem jednak, były tam panie.

Po obiedzie, nastawiliśmy z Tusią patefon i trochę tańczyli, nucąc modną wówczas melodię "A ja jaj". Ogrodnik założył wiosną klomby przed domem, właśnie zakwitły lewkonie. Nastrój "cichego dworku". Kurzeniecki w bujanym fotelu, czytał zaległości w gazetach. Nic nie zapowiadało, że tę młodą i piękną dziewczynę czeka niezadługo los tak tragiczny.

Przed wieczorem powróciliśmy do Równego. Przeważnie zatrzymywaliśmy się z Kurzenieckim w hotelu. Jadaliśmy razem obiady, ja befsztyki i inne dania, nadające się pod kieliszek, Kurzeniecki kazał sobie gotować leniwe pierożki.

Był to już starszy, przystojny mężczyzna, podobny z urody do Sienkiewicza. Szlachcic z gestem, nie pozwalał mi płacić żadnych rachunków, traktował jak swego gościa, a z wpłacanych przez chłopów złotych rubli i mnie parę monet odpalał, a przecież już byłem wynagrodzony przez swego patrona. Toteż ta "praktyka" kresowa bardzo mi odpowiadała. Jeździłem w sprawach Kurzenieckiego kilkanaście razy.

Poznałem wiele szlachty kresowej. Zwłaszcza utkwił mi w pamięci p. Suffczyński /h. Szeliga/, wysoki, barczysty mężczyzna, wiele godzin przesiedziałem z nim przy miłej gawędzie. Mimo groźnej postawy wielkoluda, czynił wrażenie człowieka łagodnego i bardzo dobrego. To on opowiedział mi historię konia arabskiego w Polsce, przygody Juliusza Dzieduszyckiego w Arabii, jego pertraktacje o nabycie i wreszcie ucieczkę z ogierem, protoplastą naszych stadnin. Znaczenie amuletów, zawieszanym koniom arabskim, a zastępujących rodowody. Historię stadnin w Jarszowcach, w Sławucie Sanguszków i w Antoninach Potockich, podział stadnin w posagach i wiele, wiele ciekawszych rzeczy. W opowiadaniach jego czuło się wręcz sympatię i zrozumienie dla rodu końskiego. Takich koniarzy mogły wydać tylko nasze Kresy.

Kiedyś p. Suffczyński, widząc, że się oglądam za jakąś ładną dziewczyną, spytał czy mam narzeczoną, a kiedy zaprzeczyłem, podzielił się ze mną swymi poglądami na urodę kobiecą.

Zdaniem jego, kobietę piękną, matkę przyszłego potomstwa, mogła być tylko kobieta rasowa, a więc dobrze urodzona, tylko taka bowiem posiadała urodę trwałą, do końca życia, pozostając, nawet w starości piękną i godną.

Zdarzały się urodziwe dziewczęta z ludu, ale to była, jak mówił uroda gminna, wybryk natury, taka dziewczyna z biegiem lat traciła nawet ślady dawnej urody i stawała się zwykłą babą.

Mimo, że stosowanie do kobiet tych kryteriów końskiego hodowcy wydawało mi się wówczas niesłuszne, to jednak dzisiaj, kiedy napatrzyłem się w życiu na zmierzch wielu dawnych piękności, muszę przyznać, że poglądy p. Suffczyńskiego nie były ze wszystkim pozbawione słuszności.

Wreszcie małżeństwo Tusi z Wielopolskim doszło do skutku. Ślub odbył się w Warszawie w kościele p.p.Kanoniczek. Panna młoda dostała od ojca w prezencie pelerynę z gronostajów do kolan, w której szła do ołtarza /sic/, staremu skradziono w kościele portfel, w którym miał podobno 10 000 złotych. Tak czy inaczej, nasze zdołbunowskie ruble przydały się, spełniły pokładane w nich nadzieje.

Tymczasem mój patron, człowiek o złotym sercu nie mógł nadążyć za wydatkami, stopa życiowa była stanowczo za wysoka. Ledwo klient wpłacił honorarium, a już do drzwi gabinetu, od strony jadalni rozlegało się lekkie pukanie p. Zofii.

Patron chętnie przyjmował sprawy kresowego ziemiaństwa, a jeszcze chętniej zaliczki na koszty sądowe, zawsze jakoś jedna sprawa drugą pokrywała.

Aż tu na raz p. Wielopolski, już po małżeństwie z Tusią, żąda zwrotu wpłaconej zaliczki w wysokości kilkunastu tysięcy złotych.

Co tu robić? nowe zaliczki jakoś nie wpływały. Taktyka zwlekania nie dawała wyniku, zniecierpliwiony Wielopolski, złożył skargę do Rady Adwokackiej, a następnie do prokuratora.

Mój patron był człowiekiem powszechnie cenionym, lubianym i szanowanym. Cóż, kiedy nie miał z czego oddać Wielopolskiemu pobranych zaliczek. Przyjaciele poradzili mu, aby dla uniknięcia konsekwencji dyscyplinarnych i karnych, złożył do Rady wniosek o skreślenie z listy, wobec złego stanu zdrowia, co z kolei miało skutkować umorzeniem dochodzenia prokuratorskiego, wszystko to jednak pod warunkiem spłacenia Wielopolskiego w kilku ratach.

Głębocki zgodził się. Sprzedał piękny garnitur mebli z salonu, poszła zbierana przez szereg lat biblioteka i wiele innych, cennych rzeczy, z którymi trudno się było rozstać - ale sprawa została załatwiona, dług spłacony.

Biedny, kochany patron, postarzał się, jakoś przycichł. Były Minister Spraw Zagranicznych August Zaleski, dał mu u siebie posadę, prywatnego sekretarza. W nieobecności Ministra przyjmował pocztę, odpowiadał na listy, załatwiał interesantów. Urzędował w mieszkaniu ministra w Alejach Ujazdowskich /w domu Kolberga/ w jego gabinecie. Odwiedziłem go tam, posada, jak posada, ale nie dla takiego sokoła, jakim był p. Kazimierz.

Kurzeniecki siedział ze mną w restauracji, w jednym z miast kresowych, właśnie skończyliśmy obiad. Wyjął papier listowy, przeprosił, że musi zaadresować list do córki. Pisał przy mnie, wolniutko, kaligraficznie: Madame la Comtesse..." w oczach jego widziałem uśmiechniętą próżność i zadowolenie z osiągniętego celu, stary, aż sapał, stawiając kształtne litery.

Nie długo przecież trwała ta radość. Wielopolski podobno wiedział o tym, że młoda jego żona jest przedmiotem adoracji korpusu dyplomatycznego, a zwłaszcza ambasadora Niemiec hr.von Moltke.

Zdołano wciągnąć ją w robotę wywiadu wojskowego na rzecz Francji. Pierwszy raz w życiu jechała zagranicę, wioząc w nessesrze materiały wywiadu.

Kiedy przejechała granicę Niemiec, do jej przedziału weszło kilku oficerów, sięgnęli po nesseser i poprosili ją do oczekującego samochodu. Została przewieziona do więzienia w Moabicie i na krótko przed II Wojną Światową ścięta.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku