Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-31 19:43:06
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VIII

Aplikacja – Życie towarzyskie

Stefan Wojciech Talikowski
Stefan Wojciech Talikowski.

Rozpoczynałem aplikację w latach 1926-7, kiedy żyło jeszcze wielu przedstawicieli pokolenia adwokatów pamiętających trudne lata po reformie 1876 r., która poddała adwokaturę polską /adwokatów przysięgłych/ jurysdykcji dyscyplinarnej sędziów rosyjskich. Pokolenie to, świadomej swej roli, rozwijało żywą działalność społeczno-polityczną, organizowało adwokaturę, służyło krajowi, otaczając bezinteresowną opieką i pomocą prawną biednych i prześladowanych.

Danym mi było poznać osobiście: Ludwika Marczewskiego, Cezarego Ponikowskiego, Franciszka Nowodworskiego, Adolfa Suligowskiego, Henryka Konica, Leona Supińskiego, Edwarda Czajkowskiego, Jana Jakuba Litauera, Jakuba Glassa, Henryka Cederbauma, Ludwika Domańskiego.

Wszyscy oni to wielkie postacie prawników patriotów. Z tytułu swej przodującej roli w społeczeństwie, mieli poczucie odpowiedzialności przed narodem, obowiązek podejmowania decyzji w chwilach dla niego ważnych. Pozbawieni samorządu zawodowego, przejawiali szczególną aktywność korporacyjną a czujność sumienia narodowego, dyktowała im drogę powinności.

Skupiali się wokół redakcji "Gazety Sądowej Warszawskiej" i kilku stowarzyszeń samopomocy koleżeńskiej.

Z chwilą odrodzenia Polski, to oni zasilili swymi szeregami kadry sądownictwa polskiego poczynając od ministra, po przez pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, aż do sędziego pokoju.

W latach mojej aplikacji 1926-1931, adwokatura i sądownictwo polskie osiągnęło swój pełny rozkwit, wszyscy oni wyszli z jednego gniazda i stanowili jedną rodzinę prawniczą o wspólnej kulturze i poziomie towarzyskim. Przyświecały im wspólne cele. Dewizą Franciszka Nowodworskiego pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, wypowiedzianą przezeń na łożu śmierci, do odwiedzającej go delegacji prawników, a wybitą następnie na medalu ku jego czci było: "Strzeżcie niezawisłości sądów, to ostoja praworządności Rzeczpospolitej".

Podobnie jak sądownictwa, dewizą 1 palestry było strzec niezawisłości i godności zawodu adwokackiego i pilnie baczyć, by nie uchybić powadze obu tych stanów. Swoje poglądy i doświadczenie należało przekazać młodym, toteż więź między starszymi i młodymi była zjawiskiem zupełnie naturalnym i powszechnym.

Nie czuję się powołanym i nie tu miejsce na szersze ujęcie tematu. Z potrzeby gawędziarskiej zanotuję kilka drobiazgów biograficznych, dotyczących wybitnych osobistości świata prawniczego, z którymi miałem osobisty kontakt, bądź możność obserwacji.

Zacznę od mecenasa /tytulatura sprzed reformy/ Ludwika Marczewskiego. Kiedy rozpoczynałem aplikację, mec. Marczewski był już nestorem palestry warszawskiej. Szczupły, wysoki, z golonym zarostem, trzymał się prosto. Miał sposób bycia nacechowany poczuciem własnej godności. Mówiono o nim, nie wiem ile w tym prawdy, że jako młody prawnik jeździł do Petersburga do senatu jeszcze dyliżansem /miało to świadczyć o matuzalowych latach Marczewskiego/.

Słyszałem go w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie, w czasie wprowadzania sprawy. Przychodził do sądu ze swym służącym równie starym jak on i równie prosto i godnie trzymającym się. Niósł za nim tekę wypchaną tomami komentatorów Kodeksu Napoleona.

W czasie przemówienia Marczewskiego, służący stał za nim i podawał mu żądanego autora, odnośny ustęp założony był zawczasu zakładką. Marczewski mówił słabym, starczym głosem. Sąd słuchał go z powagą i wyraźnym zainteresowaniem.

Po skończonej sprawie, Marczewski opuszczał salę w towarzystwie nieodstępnego służącego. Mimo, że tuż obok był pokój adwokacki i bufet, Marczewski nie zatrzymując się odjeżdżał do domu.

Drugim znanym mi osobiście seniorem adwokatury był mecenas Cezary Ponikowski, postać bardzo szacowna. Bywałem u niego, już nie pomnę czy z ramienia patrona, czy którejś z instytucji prawniczych. Zapamiętałem szczegół w jego gabinecie. Duży ten pokój miał dokoła szafy biblioteczne, ale po prawej stronie od wejścia, stała oszklona serwantka, taka, w jakich zazwyczaj przechowuje się porcelanę i różne bibeloty.

Otóż mec. Ponikowski w serwantce tej urządził ekspozycję najcenniejszych książek, jakich był szczęśliwym posiadaczem, starych druków prawniczych. Leżały więc w niej pożółkłe inkunabuły i wczesne druki, oprawne w pergamin. A więc dzieła Papiniana, Digesta Ulpianusa i Paulusa, Codex lustinianeus różne Pandecta, Institutiones itp., wszystko z całym pietyzmem rozłożone w serwantce na lustrzanym tle, jak najcenniejsze klejnoty. Ten kult dla myśli prawniczej rzymskiej, na której jego umysł wzrósł i osiągnął szczyty wtajemniczenia, był wręcz wzruszający.

Opowiadał mi adw. Mieczysław Ettinger, że ojciec jego, wielki Henryk Ettinger, kiedy był już bardzo stary, schorowany i cierpiał na bezsenność, kiedy już nic zdawało się nie było w stanie go zainteresować, wstawał nieraz w nocy, szedł do swego gabinetu i do świtu czytał Historię Rzymu.

Wreszcie wspomnę dostojną sylwetkę mecenasa Adolfa Suligowskiego. Od młodości czynny we wszystkich akcjach społecznych, był postacią nader znaną i cenioną w Warszawie końca XIX w. i pierwszej ćwierci XX w.. Gościnny salon jego otwarty był dla niezliczonych zebrań, których celem było dobro zawodu lub Kraju. Osiągnął wyjątkową znajomość prawa samorządowego, był doskonałym cywilistą, ale jak każdy człowiek miał swoje słabostki. Kiedyś jako aplikant sądowy czy już adwokacki, zaproszony przez prof. Rapaporta, protokołowałem na zebraniu w mieszkaniu mec. Suligowskiego. Przybyła elita ówczesnego prawnictwa.

Po zebraniu zostałem dłużej, aby wspólnie z mec. Suligowskim opracować dokładnie sformułowanie powziętych uchwał. Wymieniając we wstępie protokołu obecnych pisałem adwokatom przy nazwisku w skrócie "Mecenas", bowiem adwokatura warszawska nie pisała sobie tytułów nawet jeżeli miała do nich prawo, jak na przykład wykładowcy uniwersytetu.

Kiedy Suligowski spostrzegł, że mu napisałem po prostu : Mec. Adolf Suligowski, powiedział mi trochę zirytowanym tonem" "no tak, tak, dobrze - co prawda profesor, doktor, ale - dobrze.

Oczywiście w czystopisie naprawiłem swój mimowolny błąd wypisując mu pełną tytulaturę.

W latach mojej aplikacji, młodzież prawnicza otoczona była życzliwością i opieką sędziów i mecenasów. Przejawiało się to nie tylko w trosce o podnoszenie na wyższy poziom naszych wiadomości zawodowych, co znajdowało wyraz w ciągłym śledzeniu naszych postępów, czy to na seminariach, czy na sali sądowej. Było na porządku dziennym instruowanie aplikanta po jego przemówieniu w procesie, przez przysłuchującego się starszego kolegę. Aplikant bronił swojej koncepcji. Dyskusja przenosiła się nie raz do pokoju adwokackiego, gdzie już w większym gronie poddawano casus wnikliwej analizie. Troska i zainteresowanie młodzieżą prawniczą przejawiało się nadto i przede wszystkim w przyjęciu nas do swego grona w znaczeniu towarzyskim a nieraz rodzinnym. Bywaliśmy więc zapraszani do domów adwokatów i sędziów zwłaszcza, jeżeli w domach tych były panny na wydaniu.

Poprawne zachowanie się, przestrzeganie reguł towarzyskich tak co do stroju jak i zwyczajów było surowo przestrzegane. Dla przykładu wspomnę, że jeżeli który z nas został zaproszony na balu, do stolika, przez rodziców panny, obowiązywało złożenie rodzicom wizyty w terminie tygodniowym. W ciągu następnych trzech dni do tygodnia następowała wizyta ojca panny względnie złożenie biletu wizytowego [1], na znak, że pragną, aby młody człowiek bywał w ich domu. Przestrzegano, aby pierwsza wizyta nie trwała dłużej niż 15 minut [2]. Mnie, jako aplikantowi adwokackiemu składali wizyty poważni dygnitarze, ojcowie córek, toteż moje życie towarzyskie było niezwykle bogate w przeżycia a już szczególnie "pracowite" w karnawale.

Wspaniałe przyjęcia reprezentacyjne urządzali dziekanowstwo Sokołowscy z udziałem hierarchii zawodowej z Ministrem Sprawiedliwości na czele, ale przede wszystkim z tłumem młodzieży prawniczej. Obowiązywał zawsze i wszędzie frak. Wspominam gościnne domy pp. Boguckich, Nagórskich, Głębockich, Barcikowskich, Hottlingerów, Chludzińskich, Biernackich, Wozdeckich...

Karnawał był dla nas okresem niedospanych nocy, zdarzało się, żem trzy noce z rzędu tańczył. Krawiec ledwo nadążył prasować frak a praczka gorsy od koszul, kołnierzyki i białe kamizelki a jeszcze i rękawiczki [3] trzeba było oddać do prania, bo na jeden bal zużywało się dwie pary

Zawsze doskonała zabawa bywała u dziekanowstwa Sokołowskich. Gościnny ich dom w narożniku Placu Napoleona, otwierał swe podwoje dla prawnictwa warszawskiego. Spotkać tam można było Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego Pohoreckiego, wiceministra Sprawiedliwości Siennickiego i tak aż do aplikanta adwokackiego włącznie. Atmosfera domu - staropolska.

Po kolacji tańce prowadził sam gospodarz, wiodąc kotyliona przez liczne pokoje aż wreszcie w narożnym salonie stawał na krześle i wodzirejował wymyślne zwroty i figury pełen humoru i temperamentu.

W jadalni czekały na zgrzanych tancerzy dwa ogromne gary kruszonu z wina francuskiego z lodem i owocami. Bawiliśmy się do białego rana, śpiewając toasty: "Kiedy nam się pora zdarza", "Niech żyją nam" i "Kurdesz, kurdesz nad kurdeszami".

Pani dziekanowa Sokołowska, córka prezesa sądu w Irkucku, urodzona i wychowana na Syberii, była przystojną, ale bardzo tęgą i rosłą brunetką. Ktoś się o niej wyraził, że ma urodę bizantyjską, kiedy go zapytano dlaczego, odpowiedział: - "bo przypomina sobór prawosławny".

Otóż nad ranem, podochocona zabawą młodzież aplikancka wzniosła raz jeszcze toast na zdrowie powszechnie lubianej p. Janiny. Ktoś inny zawołał: "w górę p. dziekanową". Pani Janina wymknęła się do gabinetu męża gdzie usiadła na ciężkim, krytym skórą fotelu klubowym. Nic to nie pomogło, za chwilę dziesięć par rąk chwyciło fotel i p. Janina frunęła w powietrze. Co tu się dziwić, chłopaki młode, zdrowe, z równym powodzeniem mogli podrzucać pianino.

W przerwach między tańcami, przeważnie polskimi, jak mazur, oberek a zwłaszcza kujawiak, dający pole popisu dla tancerzy, adwokat Teodor Bojanowicz tzw. "Teoś", gromadził wokół siebie młodzież i śpiewaliśmy piosenki wojskowe. Od starych jak: Idzie żołnierz borem lasem", aż do strzeleckich i legionowych wojenek, rozmarynów i pęków białych róż - większość bowiem obecnych przeszła kampanię 1918-1920 roku.

Nad ranem gorący bigos i flaki.

U wicedziekanowstwa Nagórskich na Fredry, przyjęcia miały charakter bardziej oficjalny i selekcyjny. Wspaniałe salony pełne były osobistości ze świata prawniczego, politycznego i naukowego. Atmosfera wymuszona, większość obecnych miała miny drwiąco znudzone. Bufet a la fourchette, przewinęło się przez wieczór ze sto osób. Pani domu, pani Maryjka, upadała ze zmęczenia, Władkowie i ja bywaliśmy na tych przyjęciach do wybuchu wojny [4]

Natomiast dom pp. mec. Boguckich, wicemarszałka senatu, cechowała skromność połączona ze staropolską szczerością i serdecznością. Mec. Antoni Bogucki, przez przyjaciół zwany "Antoś Bogucki", był gentelmenem bardzo dystyngowanym i cieszył się opinią zręcznego dyplomaty. W okresie poprzedzającym zebranie Izby Adwokackiej Warszawskiej, w jego mieszkaniu, przy winku toczyły się rozmowy z przedstawicielami stronnictw politycznych, pragnących wystąpić przy wyborach z własnymi listami kandydatów.

Właśnie dzięki taktowi, lecz przede wszystkim zaufaniu, jakim się powszechnie cieszył gospodarz domu, osiągnięto kompromis, dzięki któremu wybory na Izbie przebiegały sprawnie i bez zgrzytów.

Równie serdeczna gościnność cechowała dom pp. mec. Głębockich. Ich przyjęcia gromadziły do 70 osób. Pani domu prosiła ziemiaństwo, pan domu sfery naukowe i prawnicze z Uniwersytetu i komisji kodyfikacyjnej, bywał między innymi prof. Koschembahr-Łyskowski, prof. Rapaport, prez. Pohorecki i inni, sekretarka Komisji p. Wanda Zalinskab była osobą o dużych walorach towarzyskich. Ale wszystkich tych ludzi o tak różnych zainteresowaniach łączyła wesołość licznie zapraszanej przez pannę Grażynę Głębocką młodzieży z najlepszych domów. Widok salonu pełnego roztańczonych par gromadził w dzwiach do sąsiednich pokoi starsze towarzystwo.

Ochoczym tancerzem był, pamiętam, radca Prokuratorii Generalnej Weloński, podobnie jak Jerzy Werner, młodszy Grabiański, Józef Wielopolski, który tu się spotkał z panną Tusią Kurzeniecką i jej rodzicami, panna Komorowska i tyle innych młodych ludzi i panien, z dwiema siostrami pannami Wołk-Łaniewskimi na czele.

Na kilku przyjęciach śpiewała swoje urocze piosenki p. Maria Modzelewska.

Mówiąc o życiu towarzyskim prawnictwa warszawskiego, trudno nie wspomnieć Koła Prawników mieszczącego się początkowo na Placu Dąbrowskim, później na Królewskiej w domu Tabęckich. Koło było przez długie lata, póki nie zostało rozwiązane przez sanację, miejscem spotkań warszawskiego sądownictwa i palestry. Przy bridge΄u czy wincie, przy winku, sędziowie i adwokaci zgodnie i po bratersku spędzali wolne wieczory i nikomu do głowy nie przyszło dopatrywać się w tym współżyciu czegoś niestosownego.

Młodsza generacja warszawskich prawników spotykała się na przyjęciach u prez. Stefanowstwa Biedrzyckich na Widok, w domu ojca p. Biedrzyckiej rejenta Biernackiego.

Przyjęcia te odbywały się w nadbudowanym według projektu architekta Bogdana Pniewskiego, piętrze, pełnym oryginalnych rozwiązań.

Gospodarz, p. Stefan Biedrzycki, ówczesny wiceprezes Sądu Okręgowego w Warszawie, był moim serdecznym kolegą, z którym niegdyś wspólnie uczyliśmy się do egzaminu sędziowskiego.

Piękne wnętrza tego mieszkania, młode towarzystwo jak i muzyka Witolda Elektorowicza, który grał i śpiewał do białego rana, nie każąc się prosić, lecz przede wszystkim sama pani domu, przemiła pani Irena - stwarzały nieporównany nastrój tych wieczorów.

Z młodych prawników bywali tam: mój przyjaciel, adwokat Józio Wyganowski, adwokat Stasio Konderski, adw. Jaś Malewicz, adw. Poczobut-Odlanicki, prokurator Mieczysław Siewierski, prok. Olgierd Missuna, sędzia Poths.

Inny charakter miały zabawy w domu doktorowstwa Sokołowskich na Próżnej. Doktor Sokołowski, osobistość bardzo popularna w sferach psychologów i metafizyków oraz jego małżonka pani Lili, umieli stworzyć klimat, łączący we wspólnej zabawie bardzo różnorodne towarzystwo.

Bywali więc prawnicy, między innymi dziekanostwo Sokołowscy, mec. Barcikowscy, rej. Hettlingerowie, sędz. Chludzińscy i wielu młodych prawników, lekarze, z sympatycznym dr Biernackim i liczna grupa wojskowych: gen. Tadeusz Kutrzeba, Komendat Wyższej Szkoły Wojennej z małżonką, p. Aldoną, gen. Piskor, Szef Sztabu Generalnego z małż. p. Inez, zawsze w otoczeniu licznych adiutantów męża, pułkownik Gustaw Paszkiewicz, Komendant Szkoły Podchorążych w Warszawie, kawaler trzech krzyży Vitruti Militari w tym złotego, kapitan Rybak, bratanek generała i wielu innych. Na każdym przyjęciu bywał prałat Około-Kułak, przystojny wytworny monsignor, w lakierowanych pantoflach ze srebrnymi sprzączkami, przepasany czerwonym pasem, ze złotym łańcuchem na szyi. W czasie tańców siedział na fotelu w salonie i z miłym, pełnym zaciekawienia uśmiechem, przyglądał się tańczącym parom, bawiąc rozmową odpoczywające panie.

Gospodarz z siwą czupryną i czarnymi przenikliwymi oczami psychologa zdawał się harmonizować z porozwieszanymi, kredkowymi portretami Witkacego, równie jak on niesamowitymi, sygnowanymi kabalistycznymi znakami.

Z kieliszkiem w ręku dotrzymywał towarzystwa dyskutującym lekarzom.

Te zabawy zawsze trwały do późnej nocy, że był jakiś miły, ciepły nastrój, to już było zasługą uroczej pani domu.

Ten bynajmniej nie wyczerpujący przegląd zaledwie kilku domów zakończę domem mojej siostry Jadzi. Władkowie co najmniej raz w karnawale urządzali przyjęcie. Przygrywał do tańca albo Daniłowski, syn Gustawa, twórca znanego chóru Dana, w którym rozpoczął karierę piosenkarz Mieczysław Fogg, albo nieporównany Wiktor Elektorowicz. Genia brała gorący udział, podobnie jak ja w przygotowaniach. Nasze służące oddane były na ten wieczór do pomocy w podawaniu. Kolacja była tradycyjnie świetna, ładnie i sprawnie podana.

Zbierało się do czterdziestu osób. Bywali na tych przyjęciach, pp. dyr. Proppe, inż. Piaszczyńscy, Kazio Choynowski, Jaworscy z Międzyrzeca, dyr. Drymmerowie, dziekanowstwo Nagórscy, Władysławowa Reymontowa, bar. Wardowa, płk. Michał Talikowski, Zygmuntowie Jacobson z Bujał, Stasiowie Jacobsonowie, Mundkowie z Georgette, Sołtanowie, prez. Biedrzyccy i wiele innych zaprzyjaźnionych osób. Było zawsze kilku moich kolegów: Kazio Olszewski - późniejszy notariusz w Puławach i obowiązkowo Józio Wyganowski.

Niezwykła gościnność i serdeczność z jaką podejmowali swoich gości Władkowie, przyczyniły się do ustalonego powodzenia tych zabaw.



przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

  • [1] - Dzisiaj, kiedy w Polsce demokratycznej bilet wizytowy wyszedł z użycia, warto, sądzę wspomnieć, jak się nim w owych latach w Warszawie posługiwano.

    Składając wizytę panu domu, w razie jego nieobecności, należało pozostawić pokojówce, względnie na przeznaczonej na ten cel tacce, jeden bilet wizytowy. Jeżeli natomiast składano wizytę obojgu państwu, pozostawiano dwa bilety.

    Był zwyczaj zaginania lewego górnego rogu biletu a w okresie przed drugą wojną światową lewego brzegu biletu, na znak, że wizytę złożono osobiście. Do kwiatów załączano bilet nie zagięty.

    W stosunkach towarzyskich używano biletów bez podawania zawodu czy tytułów, natomiast dla celów urzędowych, na przykład przy meldowaniu się w instytucjach czy urzędach, używano biletów z pełną tytulaturą. Stąd należało mieć dwa rodzaje biletów.

    Najładniejsze bilety, litografowane, na pergaminie, wykonywał zakład graficzny Wattsona na Trębackiej, w domu Szlenkierów. Niektóre osoby zamawiały bilety ze złoconymi brzegami i z rysunkiem herbu. W okresie żałoby zamawiano bilety i papier listowy z czarną obwódką, chroniło to obie strony od bezwiednych nietaktów.

  • [4] - Wspomnę zwyczaj, który już po pierwszej wojnie światowej począł zanikać. Na balach organizowanych przez sfery towarzyskie Warszawy obowiązywała prezentacja. Nie wypadało prosić do tańca pani, której się nie było uprzednio przedstawionym przez wodzireja lub gospodarza balu. Zwykle na początku zabawy, wodzireje brali każdy po dwóch młodzieńców pod rękę i obchodzili wokoło salę balową przedstawiając ich siedzącym paniom.

    Wystarczał głęboki ukłon prezentowanego, na który panie odpowiadały uprzejmym skinieniem głowy. Z tą chwilą młody człowiek mógł pretendować do zapisu w karnecie.


przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku