Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-01 10:29:57
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VIII

Gdynia

Poczynając od roku 1925, po kilku sezonach letnich, spędzonych w willi pp. Zygmuntowstwa Jarockich w Józefowie - przez szereg lat, jeździliśmy z Genią do Gdyni. Dopiero się budowała. Jeszcze z Gdyni do Oksywia można było przejść piechotą, przez torfowiska, porośnięte kwiecistą łąką. Koparki mechaniczne wybierały ziemię pod przyszłe baseny. Miasto miało zaledwie jedną ulicę, zabudowaną kilkupiętrowymi, nowoczesnymi domami. Po środku ulicy rósł odwieczny dąb, zachowany i obudowany cembrowiną.

Z dumą patrzyliśmy na Gdynię, na to dzieło ministra Kwiatkowskiego, rosnące w oczach, zaskoczonych rozmachem tej budowy szczurów lądowych.

Gdynia w owych latach była jeszcze letniskiem, gdzie można było prawdziwie wypocząć, wszystko to jednak miało wkrótce ustąpić rozbudowie wielkiego miasta - portu.

Zatrzymaliśmy się w hotelu czy Domu Kaszubskim, na Kamiennej Górze. W owych latach, hotel ten świeżo pobudowany, w zasadzie nader skromny, miał duże powodzenie, dobre towarzystwo, oraz świetną kuchnię, prowadzoną przez kuchmistrza Resursy Obywatelskiej w Warszawie p. Mecha

Na ogólnej sali, młode, wesołe towarzystwo, przy jednym ze stolików Halamka ze swym mężem Dębińskim, przy drugim grupa aktorów z "Rozmaitości". Obiadowała tu również rodzina p. Cyryla Ratajskiego, prezydenta m. Poznania. Pani Ratajska, osoba dobrej tuszy, kazała sobie przynosić do stołu, zupę w wazie. Siedząc na prezydialnym miejscu nalewała zupę mężowi i dzieciom w porządku hierarchicznym. To celebrowanie obiadu, niespotykane na ogół w hotelowych restauracjach w Polsce, wywoływało wesołe zaciekawienie letników i pobudzało apetyt.

Mieszkaliśmy tu przez dwa sezony, później w Orłowie, w willi "Marta", wreszcie z powrotem w Gdyni, w pensjonacie "Victoria Regia". Jeździł z nami Julek z wyjątkiem jednego lata, kiedy pojechał na obóz harcerski do Niedzicy.

Świetne to były wakacje. Dużo znajomych z Warszawy. Lula Rudowska z mężem i Zosią, Ada Pfejfrowa, Hettlingerowie, Barcikowscy itd.

Ówczesny sezon gdyński - to letnicy, których przyjazd ożywiał to młode miasto. Plaża i kąpiel jeszcze zupełnie dobre. Masa oficerów marynarki, więc komandor Mohuczy, dwaj bracia Jacynicze, jeden komandor, drugi porucznik na "Nurku", kapitan Rybotycki z M.S.Wojsk. i ich koledzy. Nasze panie nie mogły narzekać na brak młodzieży, toteż codziennie była jakaś atrakcja. Zwiedzaliśmy okręty wojenne, to znów obserwowaliśmy pracę nurków na statku "Nurek", kiedy indziej znów jeździliśmy do Witomina, domeny Jacyniczów, albo statkiem z odwiedzinami do znajomych w Jastarni czy Juracie.

Piękne spacery lasem do doliny Redłowskiej lub do Orłowa. W Redłowie organizowano konkursy hippiczne, bieg myśliwski za lisem itp. A te romantyczne spacery, późnym wieczorem na molo, skromnym, ale jakże miłym, bo zbudowanym całkowicie przez Polaków.

Sopoty leżały na terenie Wolnego Miasta Gdańska - trzeba było przejeżdżać granicę celną i paszportową, zresztą bardzo tolerancyjną.

Przed wyjazdem do Warszawy, ostatni wypad do Gdańska, po zakup prezentów. Sklepy wystawiały bogactwo towarów z całych Niemiec, można było wybierać, aż do rzeczy bardzo luksusowych.

Do kasyna gry w Sopotach i do nocnych kabaretów w rodzaju "Cacadu", szło się raz jeden przez ciekawość. Natomiast do Lauterbachera w Gdańsku, często i chętnie. Była to restauracja z polską obsługą, gdzie podawano do obiadu znakomite wino chablis i sauterne w dzbankach, jako firmowe, nie chcąc zdradzić jego pochodzenia. Niezależnie od tego wina, można było dostać wystałe roczniki firm całego świata. Kuchnia dla smakoszów,

Gdańsk przed pożarem i zniszczeniem przez Rosjan - to było istne cacko, pełne swoistej atmosfery i autentyzmu. Urok patyny wieków przemawiał z każdego podwórka, z każdego dosłownie kąta. A ile tam było polskich pamiątek, tych znanych i tych zapoznanych. Osobiście bardzo lubiłem Stary Gdańsk "Miasto Polskie", jak go zwał mistrz Adam, w swym autentyzmie bezpowrotnie stracone.

W pensjonacie "Victoria Regia" poznałem w 1929 roku artystę malarza Stanisława Niesiołowskiego, u którego po powrocie do Warszawy zamówiłem sobie portret w nader konwencjonalnej pozie: na fotelu z papierosem i książką w ręku. Portret ten, wystawiony był w 1933 r. na salonie w Zachęcie. U nas wisiał w jadalni, przy drzwiach do salonu. Do "Victorii Regii" przyjechał wieczornym pociągiem jakiś pan z Warszawy. Rano pensjonariuszy obudziło rzępolenie wprawek na skrzypcach. Zaintrygowani goście dowiedzieli się wkrótce, że to p. Witold Biernacki, rejent z Warszawy, ćwiczył na violi.

O Biernackim mówiono, że był pierwszym skrzypkiem między rejentami. Był on nadto myśliwym i pamiętam, w gabinecie jego w Warszawie, na Widok, wisiała obok dubeltówek, ogromna trąba myśliwska.

Chętnie opowiadał następującą przygodę, jaka go spotkała na łowach. Polowanie na zająca z nagonką. Mróz trzaskający. Biernacki na stanowisku w rękawiczkach. Wychodzi wprost na niego zając, on strzela, pudłuje, zając przerażony, skacze wprost na jego piersi. Biernacki chwyta go więc rękoma, lecz... te przeklęte rękawiczki, zając wyślizgnął się i poszedł ..." powiedziałem sobie, relacjonuje Biernacki, że od tego czasu już nigdy nie będę polował w rękawiczkach".

Leczył się na reumatyzm, próbując różnych leków zagranicznych. Kiedy go pytano, co jest najlepsze na reumatyzm, odpowiadał: młodo umrzeć.

Do "Victorii Regii" przyjechał p. Konstanty Lentz, stale mamlał w ustach językiem, ale trzeba przyznać, miał dowcip, którym przy stole pensjonatowym, rozweselał całe towarzystwo.



przejdź do początku

Komentarze (1)

    • avatar
    • Kazimierz Jan Walewski
    • napisał(-a) 2012-05-09
    Bardzo dla mnie interesujace o Victorii Regii!
    Prowadzila go moja babcia, Maria Jarochowska i tam zamieszkal mlody prawnik Stanislaw Walewski (swiezo po "biciu bolszewika"!)ktory ozenil sie z corka wlascicielki, Maria ...i stad ja sie wzialem na swiecie.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku