Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-01 10:53:25
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział VIII

Sądy

Spośród wszystkich gmachów sądowych, położonych przy ulicy Miodowej i Pl. Krasińskich, najbardziej lubianym miejscu spotkań warszawskiej palestry był pokój adwokacki i bufet w Sądzie Apelacyjnym, mieszczącym się w dawnym pałacu Badenich.

Pokój adwokacki, na pierwszym piętrze, o dwóch oknach z widokiem na Pl. Krasińskich, był umeblowany darami adwokatury. Zarówno garnitur mebli, mahoniowych, simlerowskich, krytych pawim rypsem, jak i biblioteka z wyrzeźbioną głową Kazimierza Wielkiego, jako prawodawcy polskiego, wreszcie kilka francuskich, starych litografii, nadawały temu wnętrzu, o zawsze starannie wyfroterowanej posadzce, charakter nobliwy i swojski.

Tutaj urzędował woźny Rady p. Skoczek, tutaj mieściła się kabina telefoniczna. Adwokaci, zwłaszcza przed rozprawami, które odbywały się w sąsiednich salach, chętnie tutaj przebywali, mogąc w ostatniej chwili skontrolować swoje koncepcje w bibliotece, bądź przekonsultować z kolegami cywilistami.

Natomiast po rozprawach, najprzyjemniej było spotkać się w bufecie. Był to nieduży, chociaż dwuokienny pokój, wychodzący również na Pl. Krasińskich, w którym bufet prowadziły dwie sympatyczne, starsze panie, siostry intendenta gmachów sądowych p. Drabika.

Można tu było dostać apetyczne kanapki z szynką i ćwiartką jajka w sosie majonezowym /specjalność/, jak również doskonałą herbatę, kawę i ciastka.

Stały tu dwa stoły, pod kątem prostym, większy, przy którym zazwyczaj prezydował Jan Nowodworski, z plejadą ówczesnych "gwiazd" obrońców karnych, takich jak: Marian Niedzielski, Leon Nerenson, Kazimierz Sterling, Wacław Brokman, Mieczysław Jarosz, Mieczysław Ettinger, Eugeniusz Smiarowski, Stanisław Szurlej, w otoczeniu ich satelitów, różnych Rufów, Benklów, Brajterów, Gelernterów, Landałów et tutti quanti.

Wieloletni dziekan warszawski, Jan Nowodworski, pogodnego usposobienia z nieodłącznym papierosem w ustach, z lekko kpiącym wyrazem twarzy, był uosobieniem rasowych manier starej szkoły. Członek Stronnictwa Narodowego, był mimo to, szanowany przez adwokatów Żydów, stanowiących w owych latach większość stołecznej adwokatury, wiedzieli bowiem, że ten "endek" jest niezdolny do nieetycznego postępku wobec kolegi Żyda, po prostu dlatego, że jego natura brzydziła się wszelką nieprawością, więc całe to towarzystwo wzajemnej adoracji, dopuściło go do grona "wtajemniczonych". Jak z tego wynika, ów większy stół był anektowany przez obrońców karnych, którzy wysiadywali tu, aż do obiadu, często nie mając tego dnia sprawy, natomiast adwokaci, cywiliści tacy, jak: Ludwik Domański, Henryk Konic, Zygmunt Sokołowski, czy J. Littauer, Stanisław Szczepański, Zygmunt Nagórski, Stanisław Janczewski, Bolesław Bielawski, Tallen Wilczewski - nie wykazywali skłonności do wysiadywania w bufecie, jeżeli tu wpadali, to tyle, że wypili swoją filiżankę czarnej kawy i po krótkiej rozmowie, wychodzili.

Bufet sądowy był kuźnią znakomitych facecji i dowcipów, obiegających później cały Sąd, a często i miasto. Poza wymianą zdań i poglądów, nigdy tu nie słyszałem sprzeczki, czy niekulturalnego podniesienia głosu, mimo ogólnej wrzawy, bagatela, był to przecież zespół najtęższych i najbłyskotliwszych umysłów. Wielu z nich zaliczono do śmietanki sanacji, taki Eugeniusz Smiarowski był wysuwany, jako kandydat na prezydenta R.P., Antoni Bogucki był wicemarszałkiem Senatu, Mieczysław Ettinger i Bielawski, członkami Trybunału Stanu itd.

Dla nas, młodych, te sympozjony w bufecie Sądu Apelacyjnego, były prawdziwą szkołą, dodatkową aplikacją. Siadaliśmy przy mniejszym stole, przysłuchując się i obserwując większy stół.

Razem z nami, przy mniejszym stole, zwykli siadać między innymi ze starszych: Zygmunt Hofmokl Ostrowski, senior, Teodor Duracz, Stanisław Goldsztajn, Lipiński, zaś z młodszych: nieodżałowany Edmund Całus, świetnie zapowiadający się cywilista, Stasio Koziołkiewicz, znawca prawa administracyjnego, Eugeniusz Ernst, Edzio Muszalski naukowiec, dr Prawa Międzynarodowego, Bogdan Suligowski, któremu ojciec, znakomity Adolf Suligowski, przekazał arkana prawa samorządowego i inni.

Teodor Duracz, łysawy, średniego wzrostu, w binoklach, zezowaty, był obrońcą komunistów, o tym wiedzieliśmy wszyscy, ale łagodność jego charakteru, sposobu bycia, preferencja okazana nam młodym i lekka ironia z jaką spoglądał na towarzystwo obrońców przy większym stole, miały w sobie coś sympatycznego, co usposabiało do niego życzliwie.

Pamiętam kilka doskonałych dowcipów, jakie się tutaj zrodziły. Adwokat Neumark, bardzo szanowna postać, cywilista, był Żydem, natomiast syn jego Antoni, zmienił wyznanie i nazwisko na Bądkowski. Otóż opowiadano, że kiedyś p. Antoni Bądkowski znalazłszy się w chwilowych kłopotach finansowych, zwrócił się do swego ojca, żeby mu pomógł, a na to stary Neumark powiada: "co, ja ci mam dać? idź do starego Bądkowskiego, niech on ci da".

Inna przygoda przytrafiła się adwokatowi, Stanisławowi Goldsztajnowi, znakomitemu cywiliście, człowiekowi bardzo zamożnemu, właścicielowi kilku kamienic w Warszawie, ale ponad potrzebę oszczędnemu. Otóż w okresie świąt żydowskich, adwokat Goldsztajn, usiadł, jak zwykle przy małym stole, zamówił tylko herbatę i rozwinął swoje śniadanie, składające się tym razem z macy. Na ten moment wszedł do bufetu adw. Aleksander Kroński, neofita, pisujący do Kuriera Warszawskiego artykuły prawnicze, po ś.p. Henryku Cederbaumnie, de domo Kronenblech. Pan Kroński recte Krenenblech, jak zawsze wyświeżony i krzycząco elegancki, spojrzał na rozwiniętą z papieru macę Golsztajna i powiada: Pan to je? To Pan nie wie, że w macy jest krew chrześcijańska?".

Goldsztajn, małego wzrostu, krótkowidz, spojrzał na niego w górę spod okularów i z całym spokojem odpowiedział: Kolego, zapewniam was, że w tej macy jest akurat tyle krwi chrześcijańskiej, co i w was".

Inna przygoda zdarzyła się z kolei adw. Edwardowi Botnerowi. Mieszkał on przy ul. Białej nr 2 i nosił przesadnie tapirowaną czuprynę, a la Paderewski. Pewnego dnia, wyszedł na spacer ze swoją małżonką, będącą w stanie daleko zaawansowanej ciąży. W tym spotyka kolegę, już nie pamiętam kogo, strasznego kpiarza, który po wymianie ukłonów, przeprasza go, odwołuje na bok i mówi ściszonym głosem: Kolego, jak będą małe, to jedno dla mnie".



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku