Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-09-07 15:23:04
Przejdź do komentarzy (2)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IX

Sąd Arcybiskupi

W 1931 roku, wkrótce po wpisaniu mnie na listę adwokatów w Warszawie, kardynał Kakowski [1] mianował mnie obrońcą przy Sądzie Arcybiskupim i Metropolitalnym.

Wiadomość tę pierwszy zakomunikował mi telefonicznie ks. prałat Leon Kalinowski, z którym łączyła nasz dom serdeczna przyjaźń, a ja osobiście przepadałem za jego towarzystwem, o czym muszę wspomnieć: ks. Kalinowski, znawca sztuki, amator starych mebli i brązów, zwykł mawiać, że szuflada w meblu to, jak koszula, po której poznaje się czystość roboty stolarza.

Ks. Kalinowski, abnegat, osobiście zaspakajał się byle czym, na siebie nie wydał, ale niech tylko usłyszał, że gdzieś jest jakaś okazja kupna rzeczy pięknej, grosza i trudu nie szczędził.

Pojechaliśmy kiedyś razem do Frascati, na licytację ruchomości w pałacu Lubomirskich. Ks. Kalinowski zakupił wówczas parę ludwikowskich kinkietów wieloramiennych, złoconych w ogniu i pięknie cyzelowanych.

Po przywiezieniu do domu, okazały się za duże do jego mieszkania, był jednak tak zachwycony robotą francuskiego mistrza, że tego nie dostrzegał.

Chodził nieraz nie ogolony, zamiast portmonetki, używał pudełka od pasty do obuwia, z którego wybierał drobne na opłacenie biletów w tramwaju. Znał za to świetnie kilka języków obcych w tym perfekt angielski, toteż był spowiednikiem Ambasady Brytyjskiej.

W okresie Wielkanocnym, przed jego kościołem N.M.P na Lesznie, zatrzymywały się limuzyny Korpusu Dyplomatycznego.

Do nas, już po śmierci ojca wpadał wieczorem i nigdy nadziwić się nie mógł, że siedzieliśmy z Genią w domu, zamiast się gdzieś wypuścić.

Oficjalna wiadomość na piśmie o mojej nominacji, została mi wkrótce przysłana z Sądu Arcybiskupiego.

Uzyskałem audiencję u kardynała i złożyłem mu podziękowanie. Tegoż dna przedstawiłem się księdzu oficjałowi Antoniemu Szlagowskiemu [2], biskupowi sufraganowi warszawskiemu. W młodości nazywano go "złotoustym kaznodzieją" teraz był już staruszkiem i wśród duchowieństwa nosił przezwisko "kapka", jako że i z wieku i z powodu chronicznego kataru, zawsze wisiała mu u nosa kapka.

Wyszliśmy razem z ojcem z domu i umówiliśmy się, że po załatwieniu wizyt oficjalnych w Kurii, spotkam się z nim w cukierni hotelu Europejskiego. Czekał na mnie z miłą niespodzianką. Wstąpiliśmy na pl. Saskim do firmy Gerlach, gdzie ojciec kupił mi Underwooda, najnowszy model ze stolikiem za 900 złotych. Mój start adwokacki odbył się pod dobrą wróżbą.

Sąd Arcybiskupi mieścił się w pałacu na Miodowej, w prawym rogu dziedzińca. Mieliśmy wspólną poczekalnię z Kurią /tuż przed wojną przeniesiono sąd do prawej oficyny z wejściem z bramy bocznej/.

Oficjałem, jak wspomniałem był ks. bsk. Szlagowski, wiceoficjałem natomiast był ks. Infułat Kazimierz Bączkiewicz, brat doktora Bączkiewicza. Znakomity prawnik, znawca nie tylko prawa kościelnego, ale i powszechnego, kończył bowiem uniwersytet świecki.

Z nieodłącznym cygarem w ustach, energiczny, rzeczowy, zawsze zapracowany, ale pogodny - był duszą Sądu.

Notariuszem był ks. Piotr Loeve, kanonik, starszy wiekiem, bardzo łagodnego charakteru i dobrego serca, wiecznie zagubiony w nawale akt i interesów. Bardzo łatwo przechodził z nastroju gniewnego do dobrodusznego uśmiechu. W czasie Powstania Warszawskiego, mieszkał w Klasztorze Paulinów na Starym Mieście i tym się upamiętnił, że nie schodził do schronu, leżał sobie staruszek w łóżku i odpowiadał, że jak będzie taka wola Boska, to i schron nie pomoże.

Na nim spoczywała cała kancelaria, a przede wszystkim obowiązek uzasadniania zapadłych wyroków, według notatek prowadzonych przez niego na posiedzeniach Sądu. Był on nadto pierwszym sitem dla interesantów. Jego zastępcą był ks. Grabowski.

Ks. dr Wierzejski, młody, przystojny, światowy, wysportowany, już w owych latach prowadził samochód, studiował prawo w Rzymie. On przyjmował wpływające sprawy i pisma i udzielał informacji.

Sędziami konsystorskimi byli przeważnie proboszczowie warszawscy, posiadający odpowiednie kwalifikacje, zwłaszcza ks. kanonik Zelazowski od św. Antoniego, posiadał duży autorytet i wpływ na ferowane wyroki.

Na liście obrońców konsystorskich figurowało kilkanaście nazwisk, ale niektórzy nie praktykowali, jak np. adw. Jan Nowodworski.

Prezesem naszego Kolegium obrońców konsystorskich był adw. Stanisław Wilczyński, wiceprezes Rady Miejskiej m. Warszawy, członkami zaś adw. Stanisław Janczewski, późniejszy prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, adw. Mieczysław Łabędzki, adw. Antoni Kornecki, tajny szambelan papieski, adw. Hertz-Łukański i adw. Dworzaczek, zaś z młodszych, ja, adw. Janusz Olchowicz, adw. Schelhaus, obrońca św. Roty Rzymskiej.

O adw. Mieczysławie Łabędzkim, dobrodusznym, zawsze koleżeńskim, mówiono, że kiedy za czasów arcybiskupa Popiela [3] starał się o nominację na obrońcę konsystorskiego, arcybiskup miał zastrzeżenie z uwagi na jego stan kawalerski. Wówczas Łabędzki uroczyście przyrzekł, że się w ciągu roku ożeni i dostał nominację.

Popiel umarł, a Łabędzki się nie ożenił. Jemu to zawdzięczamy przełamanie dotychczasowej praktyki, że obrońcą mógł zostać tylko żonaty.

O Hertz-Łukańskim mówiono po cichu, że przeżył on niezwykłą tragedię. Kiedy po ślubie wyjechał z młodą żoną do Ojcowa, uciekła mu w noc poślubną, tak jak stała, do lasu i ... powiesiła się.

Wielu się głowiło co właściwie mogło się stać powodem targnięcia się na życie tak młodej kobiety. Jedni mówili, że w zetknięciu z powinnością małżeńską, przeraziła się wielkością tego obowiązku, inni, że wręcz przeciwnie, na jej decyzję wpłynęło naoczne przekonanie się o wrodzonym braku u oblubieńca niezbędnego wyposażenia przez naturę.

Oczywiście było to złośliwe pomówienie, bowiem Łukański w jakiś czas później ożenił się powtórnie i miał dzieci.

Adw. Dworzaczek, o pięknej matejkowskiej głowie, siwej czuprynie i wąsach, ale małego wzrostu, miał zwyczaj przemawiając w Sądzie, unosić się na palcach, patrzeć w sufit, i zamykać co pewien czas oczy. W związku z tym, prezes Sądu Okręgowego, Rosjanin, tak się o nim wyraził: "Dworzaczek, czem bolsze w niebo smotrit, tiem bolsze wriot".

Na lewo z przedpokoju było wejście do Kurii, na prawo do Sądu. Pierwszy pokój Kurii był kancelarią. Zaraz przy drzwiach urzędowali na stojąco, przy kantorkach dwaj młodzi księża: z jednej strony ks. Majewski, obecny biskup sufragan warszawski, z drugiej ks. Pągowski, dzisiaj prałat, dziekan kutnowski i mój obecny proboszcz. Za kancelarią mieściła się sala posiedzeń Kurii z wielkim stołem, przykrytym czerwonym suknem i jesionowymi fotelami dokoła. Stąd prowadziły wewnętrzne schody do prywatnych apartamentów kardynała Kakowskiego.

Kanclerzem do spraw personalnych Kurii był ks. infułat Aleksander Fajęcki /Faja/, zaś kanclerzem do spraw politycznych i reprezentacji był prałat, obecnie biskup i sekretarz Episkopatu, ks. Zygmunt Choromański.

Ks. Choromański miał twardy charakter i wymagał punktualności i dokładności w pracy. Był postrachem personelu biurowego. Miał przezwisko "Hitler", jako że Hitler w tych latach uosabiał dyktaturę jednostki, nikt wówczas nie przewidywał jeszcze "kariery" tego pana.

Najbliżej i najserdeczniej żyłem z adw. Januszem Olchowiczem, synem Zygmunta, redaktora Kuriera Warszawskiego. Przyjaźń nasza datowała się jeszcze z czasów procesu brzeskiego, którym obaj, jako aplikanci sądowi, pasjonowaliśmy się, a Janusz nadto, jako sprawozdawca sądowy Kuriera. Brat Janusza, Szczepan zginął w przewrocie majowym.

Był prawym, szlachetnym człowiekiem, dobrym Polakiem, znał prawo, a już szczególnie małżeńskie. Ożeniony z panną Mrozowką, miał kilkoro dzieci. Po wojnie i stracie Kuriera, ciężko pracował. Ostatnio został wybrany wicedziekanem Warszawskiej Rady Adwokackiej. Umarł na serce. Kiedy na krótko przed śmiercią, spotkałem go w Sądzie Najwyższym i pytałem czy robił E.K.G., odpowiedział: "po co? wolę nie wiedzieć, co tam jest". On mi załatwił sprawę sądową o reprywatyzację Elektoralnej.

Kiedy w 1936 roku umierał kardynał Kakowski, udaliśmy się z adw. Wilczyńskim, jako prezesem naszego kolegium obrończego na czele do sypialni kardynała, na piętrze pałacu, zmówić za niego modlitwy.

Leżał w agonii, co pewien czas jednak odzyskiwał na krótko świadomość.

Mówił mi ks. Fajęcki, że kiedy wieczorem przy łożu kardynała klerycy i księża Seminarium, odmawiali klęcząc modlitwę za konających, kardynał odzyskał świadomość a słysząc słowa modlitwy: "wyjdź duszo z ciała mego" otworzył oczy i wesoło powiedział: "a właśnie, że nie wyjdę", a rozglądając się po pokoju, cieszył się widokiem znajomych twarzy młodzieży seminaryjnej, kazał poczęstować ich winem, po czym znów zasnął, by się więcej nie obudzić.

Pogrzeb kardynała odbył się z całym, bogatym ceremoniałem, należnym księciu kościoła.

W kondukcie pogrzebowym brał udział rząd i wojsko, Korpus Dyplomatyczny. Nasze miejsce, jako obrońców konsystorskich, wyznaczone zostało zaraz za rządem. Adw. Wilczyński zapowiedział, że obrońcy mają wystąpić obowiązkowo w cylindrach, kto nie będzie miał cylindra, nie będzie mógł uczestniczyć w kondukcie.

Toteż z Januszem Olchowiczem, wystaraliśmy się o cylindry /ojca był już bardzo niemodny/ i z wielka powagą, jak na nasz wiek, kroczyliśmy w gronie starszych, godnych kolegów.

W katedrze mieliśmy zarezerwowane krzesła w prezbiterium. Egzekwie odprawił kardynał Adam Sapiecha, w asyście biskupów całej Polski.

Zmarły Kardynał Kakowski był człowiekiem wielkiej skromności, nie pragnął zaszczytów ani za życia, ani po śmierci. Nigdy nie korzystał z przysługującej mu eskorty pół szwadronu jazdy przed i za powozem. Jedynie w Nowy Rok, jadąc do Prezydenta, na Zamek, z życzeniami, miał eskortę powozu. Jedno miał pragnienie: wybudować za swego życia 100 kościołów i podobno cyfrę tę osiągnął, jeśli wliczyć w nią kaplice.

Pełen chrześcijańskiej pokory i miłości bliźniego, wyraził życzenie, aby został pochowany nie w podziemiach Katedry, lecz wśród maluczkich na Bródnie, wśród biedoty warszawskiej. Stało się zgodnie z jego wolą.

Tam również na Bródnie pragnął być i został pochowany Roman Dmowski.

Następcą Kardynała Kakowskiego Kardynał Hlond [4], zniósł instytucję świeckich obrońców przy Konsystorzu Katolickim, powierzając ich funkcje procesowe - księżom.



przejdź do początku

Komentarze (2)

    • avatar
    • Janusz
    • napisał(-a) 2015-05-20
    Szanowni Państwo,
    x.Piotr Loeve (vel Loewe) w 1931 r. był w sile wieku - miał 56 lat. Ur.18.11.1875 r. na Mokotowie, s.Karola i Józefy Żebrowskiej. Wieloletni (1908-1918)i do dzisiaj pamiętany proboszcz w par. św.Klemensa w Nadarznie. Od 1.09.1929 był rzeczywiście notariuszem. W latach 1935 -1946 ( a więc w okresie okupacji i Powstania) rektor kościoła popaulińskiego św. Ducha.
    Ks. bp. W. Majewski pisał 28.05.1948 r. w liście skierowanym do x. Piotra z okazji jubileuszu 30-lecia kapłaństwa.
    „W dniach Powstania Warszawskiego, znalazłszy przytułek u Ciebie, podziwiałem Twój spokój, Twoją wielką ufność w Opatrzność i zdanie się na Wolę Bożą. Wśród lecących bomb i rozrywających się granatów siedziałeś w konfesjonale, aby pojednać z Bogiem tych, którzy tego pragnęli. Jako anioł spokoju chodziłeś wśród tych, którzy się pod Twój dach schronili”

    Od 1946 r. do śmierci 19.09.1951 r. był viceoficjałem Sądu Arcybiskupiego. Kanonik kapituły Łowickiej (1938-1948) a od 1948 kanonik gremialny Kapituły Warszawskiej.
    Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice (1927). Otrzymał przywilej noszenia mantoletu i rokiety.
    Pochowany w grobie rodzinnym na Starych Powązkach -218/2/27.
    Był moim pradziadkiem wujecznym, bratem mej prababki Karoliny Loewe zam. z Franciszkiem Głodkiewiczem.
    Janusz Tryliński
    • avatar
    • Leliwa
    • napisał(-a) 2011-03-31
    Szanowni Państwo ,
    Miło mi , że Pan Stefan Talikowski był przyjacielem mojego Dziadka Janusza Olchowicza , jednakże muszę sprostować iż Ojcem Janusza Olchowicza nie był Szczepan tylko Zygmunt Olchowicz.
    Szczepan był bratem Janusz Olchowicza i zginął w przewrocie majowym , jak zresztą jest to opisane w rozdziale Przewrót Majowy , przesyłam pozdrowienia Dariusz Olchowicz

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku