Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-01 13:00:04
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IX

Nordkap

W połowie lipca 1931 roku, odbyłem wycieczkę na Fiordy. Zaproponował mi ją redaktor Antoni Kawczyński z Poznania, który jechał wraz z żoną amerykanką i siostrą p. Ireną Paluchową, żoną dyrektora Banku "Kwilecki, Potocki" w Poznaniu.

Ojciec mój był gorącym zwolennikiem wyjazdów za granicę, widział w tym moją korzyść. Prócz biletu pierwszej klasy i gotówki w złotych polskich dał mi na "drobne wydatki" w podróży 50 dolarów w banknotach dwu dolarowych. Mając nadto własne oszczędności, muszę przyznać, że byłem wyposażony zasobnie.

M/S "Polonia" prowadzony przez kpt. Stankiewicza, był statkiem Towarzystwa Gdynia - Ameryka S.A. i został nader starannie przygotowany do podróży, by zapewnić swoim pasażerom wygodę i wiele miłych wrażeń.

Kabiny były dwuosobowe, ale że nie wszystkie zostały w pierwszej klasie wyprzedane, miałem kabinę sam dla siebie.

Po tradycyjnym wybujaniu nas na Skagerraku, wpłynęliśmy rankiem do Kopenhagi. Dwa dni zwiedzaliśmy to przyjemne, bogate i czyste miasto, jak ręce człowieka, co nigdy nie parał się ciężką pracą.

Neutralność zachowana przez państwa skandynawskie w I-szej Wojnie Światowej i wynajęcie swego tonażu Entencie dla celów transportu wojennego, postawiło te państwa w sytuacji materialnie uprzywilejowanej.

Prócz osobliwości miasta, jak widok starszych pań, palących cygara na tarasach kawiarni w parku "Tivoli", oraz oficerów, paradujących w niebieskich mundurach ze srebrnymi galonami zupełnie, jak w "Hrabi Luxemburgu", zwiedzaliśmy głównie restauracje i dancingi, bowiem w podróży morskiej, człowiek ma wyjątkowy apetyt, a przy tym pragnie poznać charakter mieszkańców zwiedzanego kraju, do czego, zdawało nam się najbardziej nadają się te lokale. Na noc wracaliśmy przykładnie na statek.

Po spróbowaniu miejscowych frykasów, poczynając od langust, aż do ślimaków i ostryg, jedzonych pod wyborne "Chablis" ruszyliśmy w dalszy rejs. Zatrzymywaliśmy się kolejno w Bergen, Trondheim, Hemmerfest. Podziwialiśmy cudny Swartisen, wodospad 7-miu Sióstr, Sogne fiord, gdzie dzięki Golfstromowi dojrzewały poziomki a chorzy na płuca leżakowali na słońcu w miejscowym sanatorium.

Kiedy statek zbliżał się do miejscowości godnej widzenia, syrena okrętowa wywoływała pasażerów na pokład.

Przekroczyliśmy krąg polarny. Przeszliśmy tradycyjny chrzest Neptuna z całym ceremoniałem otrzymując dyplomy Neptuna z jego pieczęcią lakową, która na dowód prawdziwości przytwierdzała do dyplomu garść włosów z brody boga otmętów, dziwnie przypominających konopie.

Zaczęły się białe noce, stanowiące chyba największą atrakcję i dające najsilniejsze wrażenie z tej podróży. Słońce opuszczało się do linii horyzontu, po czym, po chwilowym namyśle poczynało z powrotem wznosić się do zenitu. Orkiestry grały bez przerwy na dwóch dancingach okrętowych. Pary tancerzy snuły się po pokładach, ludzie tracili poczucie dnia i nocy, wreszcie zbici z nóg zmęczeniem, szli przespać się nieco w kabinie, a  słońce w iluminatorze znów ich wywoływało na pokład.

Podziwialiśmy miraże fantasmagorie, będące odbiciem Lofotów na niebie w postaci łańcucha górskiego, odwróconego do góry nogami. Towarzyszyły nam zwinne delfiny i poczciwe foki.

Na pełnym Morzu Północnym minęliśmy się z polskim statkiem oceanicznym "Kościuszko". Nasza orkiestra grała hymn narodowy, statki salutowały się, przejeżdżały obok siebie, tak blisko, że widać było ustawioną na pokładzie w ordynku załogę i wiwatujących pasażerów.

Przeżyliśmy próbny alarm, z wkładaniem pasów ratunkowych i próbą działania bloków przy szalupach. Wreszcie jeszcze dwie doby jazdy i dopłynęliśmy do Nordkapu.

Niezwykła jest świadomość, że patrząc z tego najbardziej na północ wysuniętego cypla Europy mamy przed sobą już tylko biegun. Włożyliśmy swetry, panie futra.

Ze względu na brak portu i silną falę, statek stanął na redzie, 3 km. od brzegu. Do brzegu dojeżdżaliśmy szalupami /część pasażerów pozostała na statku/. Na kamienistym brzegu stanowiącym wąską plażę, pod olbrzymim masywem prostopadłej skały, od której mroku aż ciemno zabarwiała się woda - stał drewniany domek z werandą, w którym mieściła się kawiarnia i jednocześnie urząd pocztowy - ambasada życia w tym pustkowiu.

Sprzedawczyni kawy, przybijała na znaczkach pocztowych naszych kart i listów, pieczęć urzędu pocztowego Nordkap.

Przed domkiem powitali nas Lapończycy, w śmiesznych czapkach z długimi rogami. Przyjechali tu saniami, zaprzężonymi w renifery i sprzedawali turystom wyroby, rzeźbione z kości rogów tych zwierząt. Na samej górze, na którą się trzeba było drapać wąską ścieżynką idącą zakosami do wysokości kilkunastu pięter - nie ma nic prócz tablic, upamiętniających pobyt króla norweskiego i cesarza Niemiec Wilhelma II-go, który swoim jachtem lubił odwiedzać fiordy.

Za to widok na morze, jedyny w swoim rodzaju, człowiek zdaje sobie dopiero sprawę z własnej nicości, wobec tego bezkresnego ogromu.

Kiedy wracaliśmy na statek, wzmogła się fala, dochodząc do kilku pięter. Nasi marynarze mieli dosłownie pełne ręce roboty, żeby whisować pasażerów w momencie, kiedy szalupa wyniesiona falą, znajdzie się na równi ze stopniami trapu. Dwóch marynarzy w szalupie "podawało" pasażera dwóm innym, stojącym na trapie. W pewnym momencie, szalupa rzucona o burtę złamała jednemu marynarzowi rękę, inny został poważnie ranny. Paniom przy upadku na dno szalup, pękały na plecach futra, jednym słowem Nordkap nie nadawał się na turystykę "masową", jak byśmy to dzisiaj określili. Toteż tylko nasza pierwsza wycieczka dotarła aż do Nordkapu, następne kończyły rejs już tylko w Hammerfeście.

W drodze powrotnej, podziwialiśmy zorzę polarną i... przeżyliśmy wrażenia balu kapitańskiego, wydanego przez kpt. Stankiewicza. Bal ten odbył się z wielką galą i był zapowiedziany w programie wycieczki. Zaczęło się od kolacji w pięknie przystrojonej jadalni I kl. Nakryty był jeden wielki stół w podkowę w przeciwieństwie do codziennych posiłków przy bocznych stolikach, pod oknami. Prezydował kpt. Stankiewicz w galowym mundurze, obok dyrektor linii żeglugowej Gdynia-Ameryka p. Leszczyński z córką itd.

Kpt. Stankiewicz to czarujący człowiek o wielkiej kulturze towarzyskiej, bo tylko z tej strony danym mi było go poznać, wiem natomiast, że cieszył się sławą wytrawnego wilka morskiego o rozległej wiedzy technicznej.

Włożyliśmy smokingi, panie wieczorowe toalety. Menu znakomite, stoły uginały się od południowych owoców i win, tańczyliśmy do białego rana. W ogóle w drodze powrotnej, taniec był naszym zajęciem codziennym, do tego celu służyły dwa cocktail bary, gdzie się popijało zagraniczne trunki, zwłaszcza duński alembik i amerykańskie giny. Tutaj przydały się moje dolary, bo barman bardzo chętnie je przyjmował i wypłacał reszty w złotówkach.

W Bergen, w miejscowym składzie futer dostawcy dworu norweskiego, kupiłem dla Geni 6 skórek gronostajowych, niespotykanej bieli, wielkości i gęstości. Zapakowali mi każdą w futerał z czarnego papieru. Matce kupiłem dwie puszki homara, najlepszej miejscowej marki "Trzy Korony" /okazały się stare/. upominki dla ojca, Jadzi, Julka.

Jeszcze pożegnalna kolacja i szczęśliwie dobiliśmy do Gdyni, a stąd samochodem redaktora Kawczyńskiego do Warszawy.

Zjechaliśmy się tu w jednym dniu z Jadzią, która powróciła z kuracji z Truskawca. Nic nie zapowiadało, że już tylko sześć tygodni dzieli nas od śmierci ojca.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku