Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-01 13:13:10
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IX

Szambelania – śmierć ojca

Ojciec 1926
Ojciec 1926

W 1927 roku Watykan, jak już wspomniałem, odznaczył ojca krzyżem "Pro Ecclesia et Pontifice".

Wiosną 1931 roku kardynał Kakowski przedstawił ojca do godności szambelana papieskiego. Odnośne wnioski Kuria przygotowała już do wysłania do Rzymu.

W związku z tym i stosownie do panującego w kościele zwyczaju, Kardynał złożył ojcu wizytę kurtuazyjną. W oznaczonym dniu, po południu przybył samochodem z towarzyszącym mu kanclerzem Kurii ks. Aleksandrem Fajęckim.

Rodzice podejmowali kardynała herbatą, podaną w salonie. Prócz rodziców, obecna była Genia i ja.

Na tę okazję na simmlerowskim stole, stanęła najpiękniejsza zastawa porcelanowa i srebrna. Kardynał był w doskonałym humorze. Mnie już znał z Sądu Arcybiskupiego. Dowcipkował, opowiadał o swoich przygodach w młodości w seminarium. Rozmowa przeciągnęła się ponad oficjalny program.

Przy pożegnaniu kardynał tytułował ojca szambelanem.

Służący Kardynała, Stanisław, który czekał w poczekalni, pomógł metropolicie się ubrać. Podjechała winda /mięliśmy w przedpokoju dzwonek do dozorcy/, samochód czekał w bramie.

Niestety, ojciec nie doczekał wręczenia mu szmbelanii. Nagły atak miażdżycy przeciął jego życie 14 września 1931 roku.

Na wiadomość o śmierci mego ojca, kardynał wyraził życzenie osobistego uczczenia jego pamięci. Zezwolił na odprawienie mszy św. w mieszkaniu przy zwłokach.

Niski katafalk, ustawiony był w salonie. Ojciec spoczywał w trumnie we fraku, u stóp katafalku na poduszce ordery ojca. Na wprost po przeciwnej ścianie ołtarz. Obraz Matki Boskiej Karmiącej z sypialni rodziców, olejna kopia "La Madonne au Coussin vert". Ołtarzyk przybrany białymi goździkami. Mszę św. odprawiał dwukrotnie ks. Fajęcki w asyście wikariuszy. Obecna była rodzina i domownicy. Wszyscy klęczeliśmy, jedynie matka siedziała w fotelu.

Kardynał wziął udział w pogrzebie, odprawiał egzekwie przy zwłokach ustawionych w kościele na wysokim katafalku, obitym czerwonym suknem i udekorowanym palmami. Z katafalkiem tym, jak nam później opowiadał p. Staniszewski, przedsiębiorca pogrzebowy, była cała przeprawa. Katafalk przechowywany w naszej parafii, jako zabytek, ostatni raz użyty był przy pogrzebie biskupa Woronicza [1]. Wydobyty z magazynu, starannie oczyszczony został, ze względu na swój wiek i niezwykłą wysokość, wzmocniony przez stolarzy, którzy wieczorem ustawili go w kościele.

Natomiast trumna ojca, jakich się dziś nie spotyka, w kształcie sarkofagu z blachy cynkowej, miała w każdym narożu po dwa amorki, odlane z ołowiu, podtrzymujące wieko, nóżki trumny w kształcie szponów orlich na kulach, nadto bogato zdobione antaby. To wszystko razem było bardzo ciężkie. Kiedy więc ustawiono trumnę na katafalku i po zamknięciu kościoła na noc, p. Staniszewski, jak powiadał, nie mógł w nocy oka zmrużyć z obawy czy stary katafalk wytrzyma taki ciężar. Odetchnął z ulgą dopiero rano, kiedy stwierdził naocznie, że wszystko w porządku.

Pogrzeb ojca był wyjątkowo uroczysty. Kościół wystąpił z całą okazałością. Na zarządzenie kardynała, pogrzeb odbył się na koszt kościoła. Przybyło duchowieństwo świeckie i zakonne, Kuria Metropolitalna, seminarium z regensem ks. infułatem Fiatowskim na czele, dziekani warszawski i praski.

Ks. Fajęcki wygłosił mowę pogrzebową, której przysłuchiwał się z tronu przy ołtarzu, kardynał. Uczestniczyli przedstawiciele wielu instytucji bankowych i tłumy ludzi. Przed kościołem dwóch konnych policjantów utrzymywało porządek.

Karawan w trzy pary koni, dwa wozy żałobne z wieńcami i sznur karet i samochodów. Kondukt pogrzebowy przeszedł Elektoralną przez Plac Bankowy do Placu Teatralnego i skręcił w Bielańską. Tego rodzaju kondukt pogrzebowy przez miasto był chyba jednym z ostatnich w Warszawie.

Przy drugiej bramie cmentarza powązkowskiego, oczekiwał Zarząd in corpore. Cała droga od bramy do grobu wysypana była piaskiem i wyłożona gałązkami jedliny.

Po ojcu, którego portret zawieszono w sali posiedzeń, prezesem zarządu cmentarzy został mianowany szambelan Franciszek Karpiński.

W trzy dni po pogrzebie, wraz z braćmi: inż. Edmundem i dr Wacławem, udaliśmy się na Miodową, do pałacu arcybiskupiego złożyć kardynałowi w imieniu matki i własnym podziękowanie. Wizyta była zawczasu umówiona, byliśmy w żakietach. W salonie recepcyjnym powitał nas sekretarz kardynała, ks. dr Dąbrowski kapelan i wprowadził do gabinetu. Mnie, jak wspomniałem, kardynał znał, z braćmi nawiązał ożywioną rozmowę, wypytując Edmunda o Szwajcarię, o czym wiedział od ojca. Mówił z troską o walkach stronnictw, przyrównując czasy obecne do wielkiego kotła, z którego wrzątek, wyrzuca szumowiny, aż zostanie płyn klarowny. Przepowiadał upadek dyktatorskich rządów sanacji.

Na zakończenie rozmowy, raz jeszcze zaznaczył, że przez swój udział w pogrzebie pragnął uczcić pamięć naszego ojca, którego wysoko cenił.

Tak wyglądał w suchej relacji pogrzeb ojca. Dla nas dzieci pierwsze w życiu zetknięcie się z nieubłaganym losem, było jak grom.

Ojciec był naszym przewodnikiem, myśmy szli za nim spokojni i ufni. Śmierć, która go zabrała, wskazała nam pustą. samotną drogę dalszego życia - już bez niego. W tych chwilach tragicznych jego wola, jego rady stanęły nam żywo przed oczyma.

W tydzień po pogrzebie, zebrało się całe moje rodzeństwo w mieszkaniu rodziców. Matka dała nam klucze od kasy, sama pozostała w sypialni. Władek nie chciał być obecny przy otwieraniu kasy, stawiał w jadalni pasjansa w towarzystwie Julka.

Kasa stała w garderobie rodziców, w pokoju przyległym do ich sypialni. Ja otworzyłem kasę, znając od ojca hasło obrotowego literowego zamka. Dokonaliśmy podziału biżuterii ojca, pomiędzy synów, szkatułki ze złotymi monetami akcji i obligacji. Gotówki, z uwagi na matkę nie ruszaliśmy. Za zgodą i na życzenie rodzeństwa dzieliłem ja z Jadzią na części, o ile tylko to było możliwe, równe. Wypadło na każdego po 120 sztuk monet, przeważnie rubli.

Oddzielnie leżał w kasie pakiet listów zastawnych Towarzystwa Kredytowego Miejskiego, na sumę złotych 20 000 z kartką, pisaną ręką ojca: "dla Geni", był to jej posag, w równowartości posagu, jaki otrzymała Jadzia. Byliśmy wszyscy bardzo wzruszeni.

Między innymi precjozami, leżała zabawka dziecięca, maleńka pozytywka, którą zmarły nasz paroletni, pierworodny braciszek Jaś, bawił się w ostatnich chwilach życia. Ojciec tę pamiątkę cenił na równi z najdroższymi klejnotami.

Kasety z biżuterią matki i Juli nie otwieraliśmy. Papiery wartościowe, podzieliliśmy według ostatnio notowanych kursów.

Geniusia za mąż nie wyszła. Swoim posagiem wyposażyła Julka, a resztę dołożyła do odbudowy uszkodzonego w oblężeniu Warszawy 1939 r. naszego domu.

Obrączkę ojca, jubiler Plichta zlutował z obrączką matki, łącząc je krzyżykiem z czarnej emalii, nosiła je matka, aż do swej śmierci.

przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku