Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-01 16:38:59
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IX

Matka

Matka 1885
Matka 1885

Dzisiaj, gdy z perspektywy życia podziwiam moją matkę, widzę przede wszystkim jej konsekwentny, ambitny wysiłek, włożony w wychowanie dzieci. W dobrym wychowaniu widziała matka kapitał, z którym pójdziemy w życie. Wyposażyć nas w ten kapitał, było jej zadaniem wychowawczym, które decydować miało o naszych szansach życiowych.

Stąd obowiązkowe wyższe studia synów, wyjazdy zagranicę po naukę i praktykę, obowiązkowa dla wszystkich dzieci nauka muzyki, francuskie guwernantki, prenumerata pism francuskich itp.

W odniesieniu do córek, ważne było nie tylko to, że były dobrze ułożone, że ukończyły najlepszą w owych czasach pensję, że uczyły się rysunku, malarstwa, haftu artystycznego, że tak jak Jula doskonaliły swój talent pianistyczny - ale równie ważna była w oczach matki znajomość prac domowych, znajomość kuchni, umiejętność prowadzenia domu.

"Dziewczynki" od najmłodszych lat myły, cerowały i przyszywały guziczki, haftowały jakieś serwetki, saszetki i inne robótki, różnymi modnymi wówczas ściegami i rodzajami techniki, a więc na kanwie point lasse, richelieu itp. Musiały w sobotę szykować sobie na niedzielę wstążki i rękawiczki, same swoje drobiazgi toaletowe uprać i uprasować. Stąd znajomość obchodzenia się żelazkiem, prania delikatnych tkanin, wyciskania żelazkiem haftów, aby serweta na stole leżała gładziusieńko.

W okresie przedświątecznym, kiedy odbywało się pieczenie ciast, dziewczynki obowiązkowo musiały w tym uczestniczyć i same przygotować mazurki, umieć zagnieść ciasto, poznać temperaturę piecyka itp. arkana sztuki cukierniczej, również smażyć konfitury.

Wreszcie wielką uwagę przywiązywała matka do nakrycia stołu. Te czynności odkąd pamięcią sięgnę, wykonywały dziewczynki.

Wyjąć ze stołu deski, przetrzeć z kurzu i dopiero kłaść obrus, to należało do pokojówki, ale resztę już wykonywała wspólnie z dziewczynkami. Na obrus kładziono środkiem biały haftowany laufer, bądź serwetki. Wszystkie talerze i szkło, wyjmowane z kredensu, musiały być przetarte ściereczką, również inną ściereczką nakrycie, broń Boże żeby jakiś przedmiot nie błyszczał czystością. Wielka awantura była, kiedy matka znalazła w kredensie jakiś używany talerzyk, lub kieliszek /zazwyczaj sprawka chłopców/.

Na większe przyjęcia wydobywano ze środkowej witryny dużego kredensu srebro: tace, patery, cukiernice itp., wszystko to musiało być uprzednio doprowadzone do błękitnego połysku.

Stół obowiązkowo przybrany kwiatami, ułożonymi przed nakryciami w wielki owal, w jednym kolorze, albo białym, albo żółtym, albo różowym.

Jako najmłodszy, brałem w tych wszystkich przygotowaniach gorący udział i dopraszałem się, żeby mnie przydzielono jakąś robotę.

Służba wykonywała prace zasadnicze, jednak umiejętność rozłożenia i ustawienia na stole odpowiednich do menu nakryć, szkła i przybranie stołu kwiatkami, należało do dziewczynek.

Na większych przyjęciach w ostatniej chwili, stawiano na stole dwa kandelabry z zapalonymi świecami.

Bywałem w wielu domach, prowadzonych na wysokiej stopie, jednak bezstronnie przyznać muszę, że tak pięknie i starannie nakrytych stołów jak u nas, rzadko spotkać było można.

Kiedy Jadzia prowadziła swój dom, jej przyjęcia znane były nie tylko ze świetnej kuchni, ale właśnie z tych pięknie nakrytych stołów.

Chwila, kiedy drzwi do stołowego otwierają się na roścież i pani domu wchodzi do salonu i wymawia sakramentalne słowa: "prosimy państwa do stołu", jest chwilą pełną emocji, jest dla pani domu przeżyciem. Goście wchodzą i są olśnieni blaskiem sreber i kryształów, bielą obrusu, dekoracją żywych kwiatów.

Matka kochała się w pięknym nakryciu, zastawie stołowej. Ilekroć wracała z zagranicy, nigdy nie omieszkała przywieść czegoś do stołu: a to piękne czeskie, adamaszkowe obrusy i serwety podwieczorkowe, a to jakieś sreberko, czy porcelanę, pięknie malowaną.

Kiedy była już staruszką, lubiła bawić się przestawiając w witrynie kredensu, mieszczące się tam cacka zastawy stołowej. Nic tak pięknie nie gra w serwantce, jak przemieszane, stare srebro z bielą starej porcelany, ta symbioza daje dopiero pełny efekt, właściwą "ekspozycję" i pozwala widzieć jedno i drugie w całym pięknie. Ja tak właśnie pomiędzy srebra matki, powstawiałem filiżaneczki "chinoiserie" i złote Korce [1] z motywem kłosów.

Dziś wspominam o tych rzeczach ze smutkiem. Kochana nasza matka na pewno nie przypuszczała nigdy, że wychowanie, jakie dała córkom, nie ukwieci im życia w dobrobycie, że przyda się natomiast by uchronić je od niedostatku i przeżyć szare lata powojenne w ciężkiej, codziennej pracy, której jedyną osłodą była - nadzieja.

Matka moja miała w sobie wiele godności. Nigdy, jak tylko pamięcią sięgnę nie zaobserwowałem u niej jakiejś świadomej kokieterii. Była pogodna, uśmiechnięta, grzeczna, pełna jakiejś moralnej czystości. Godność jej zachowania nakazywała szacunek.

Podobne do niej były moje siostry Jula, Jadzia i Genia.

Matka z kosmetyków używała jedynie i to umiarkowanie pudru, czasami do rąk "Creme des Prelats", który kupowano w firmie "Perfection" na ul. Focha, natomiast co tydzień przychodziła do mieszkania manikiurzystka do matki i ojca. Siostry robiły manicure u swojego fryzjera. Używały puder i pomadkę do ust, nigdy czernidła do rzęs i brwi. Za rzecz niewłaściwą uważano w tych czasach farbowanie włosów.

Matka nie używała alkoholu, przy jakiejś okazji oficjalnej, czy toaście rodzinnym, zaledwie umaczała usta w kieliszku wina.

Ubierała się spokojnie, przeważnie czarno, a zawsze ciemno. Nie pamiętam matki w kolorowej, kwiecistej sukni. Natomiast, kiedy wypadało jakieś wesele czy inna radosna uroczystość, matka zamawiała u krawcowej toaletę. W grę wchodziły dwa kolory: "violettes de Parme", lub odcienie szarego: gris de pigeons lub gris de perles, przybrane koronkami szarymi lub srebrnymi.

Jak sobie dziś przypominam, latem nad morzem czy u wód, matka przeważnie chodziła w lekkim, czarnym kostiumie jedwabnym i jasnej bluzce, lub kołnierzyku koronkowym. Kapelusz słomkowy, czarny z pękiem krosów. Tak właśnie jest ubrana na fotografiach z Lovrany i Nauhejm. Na letnisku, intymnie, szlafrok czesuczowy.

Z prowadzonych rozmów utrwaliłem sobie pogląd matki i sióstr na zagadnienie stroju kobiecego. Być dobrze ubraną, to nie tylko być ubraną modnie, lecz przede wszystkim odpowiednio do wieku i warunków osobistych.

Dobry ton wymagał, żeby strój był skromny, zharmonizowany, żeby całość nie rzucała się w oczy, żeby był szykowny jakością materiału i dobrą robotą krawiecką. Wreszcie należało go umieć nosić.

Siostry w mieście nosiły najczęściej kostiumy "Tailleur", latem słomkowe kapelusze, przybrane kwiatami i wstążkami, duże pasterki, suknie jedwabne w delikatnych, pastelowych kolorach, przeważnie przepasane szeroką wstążką, spadającą na całą długość sukni. Pamiętam te szczegóły, bo nieraz byłem obecny przy naradach matki i dziewczynek z krawcowymi.

Przez długi czas krawcową "nadworną" matki i sióstr była pani Badowska na Nowym Świecie, zaś kostiumy szył krawiec p. Janiszewski, następnie p. Galarda. Kuśnierzem był p. Tylko na Marszałkowskiej, później p. Chowańczak na Krakowskiem. Skoro już mowa o tych sprawach muszę dodać, że naszym jubilerem był p. Wichrowski, brat rejenta, mistrz nad mistrze, uczył się złotnictwa we Francji i tam się ożenił. Miał trudną bełkoczącą wymowę. Ojciec umiał jakoś z nim rozmawiać, ja niewiele rozumiałem.

Jego roboty były kolczyki, wisiory brylantowe matki, kolczyki brylantowe Juli, łańcuch złoty do lorgnon matki, obrączki na 25-lecie rodziców i wiele różnych przeróbek precjozów rodzinnych. Brylanty oprawiał w wysoką koronę w łapki, ze srebra bądź platyny.

Matka miała lorgnon z szylkretu z pięknie rżniętą rączką, na złotym łańcuchu. Z tego łańcucha, ocalałego z pożogi wojennej, kazałem po Powstaniu zrobić Jadzi i Geni bransolety. Wykonał je starszy cechu na Chmielnej, nazwiska już dziś nie pamiętam.

Kiedy wspominam moją matkę, widzę ją w jadalni, przy stole. Po kolacji dłużej zasiedzieliśmy się, pochłonięci jakimś ciekawym tematem. Matka mimo późnej godziny, lubiła towarzyszyć nam. Zdarzało się jednak, że zmęczona całodzienną krzątaniną, zdrzemnęła się przy stole. Spostrzegłszy to ściszaliśmy rozmowę, wówczas matka otwierała oczy i mówiła: "mówcie, mówcie dalej, ja nie śpię". Widocznie cieszyło ją, że ma nas wszystkich razem i ten miły dla niej gwar napełniał ją wewnętrznym spokojem i usposabiał do drzemki, ale wystarczyła chwila ciszy, żeby jej matczyną czujność obudzić.

Szczęśliwe lata, kiedy była z nami. Myśmy ją nie tylko kochali - myśmy w nią wierzyli.

Mimo, że jak wspomniałem w domu naszym przez kilkanaście lat były guwernantki francuski, że rodzice prawie co roku, wyjeżdżali zagranicę, matka, aczkolwiek mówiła po francusku i niemiecku, to jednak nigdy nie opanowała tych języków na tyle, żeby posługiwać się nimi poprawnie.

Błędy matki, zwłaszcza we francuskim, dawały nam okazję do psotnej wesołości, młodzieńczego zadowolenia, że my byśmy tak nie powiedzieli.

Przy okazji zanotuję jeszcze kilka drobiazgów, które mi się przypomniały. Po śmierci p. Wichrowskiego, jubilerem naszej rodziny został p. Plichta, lokator naszego domu, gdzie też miał pracownię złotniczą. Jego roboty były dwa pierścionki brylantowe matki, wybornej, koronkowej roboty.

Na ich wykonanie ojciec przeznaczył swoje spinki brylantowe od frakowej koszuli, które w owym czasie już wyszły z mody. Mnie zrobił Plichta złotą bransoletę do zegarka.

Na wystawie Powszechnej w Poznaniu tzw. "Pewuce", otrzymał za swe wyroby złoty medal. Pani premierowa Składkowska, tzw. "Germena", zamówiła sobie u niego bransoletę na przedramię, szeroką na trzy palce. Kiedy ją odniósł, premierowa była tak zachwycona, że poczęstowała go winem i przedstawiła mężowi.

W tym czasie Koło Polek zamówiło w firmie Mankielewicz na Placu Teatralnym berło srebrne pozłociste, jako votum przed obraz M.B. na Jasnej Górze, mało kto wie, że wykonał je na zlecenie Mankielewicza, nie kto inny tylko Plichta, w swoim warsztacie na Elektoralnej.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku