Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-01 16:56:44
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział IX

Jadzia /Jadwiga-Katarzyna/ 23.IX.1891 – 15.VII.1954, Genia /Eugenia-Maria/ 21.IX.1894 – 17.XII.1961

Pisząc wspomnienie o moich siostrach, odczuwam pragnienie podobne, jak przy pisaniu o matce - chciałbym oddać prawdę w całym jej pięknie, nic nie roniąc i nic nie dodając. Sprawa nie łatwa, kiedy się kocha, kiedy pod piórem rodzą się tłumnie słowa pełne zachwytu, miłości, rozpaczliwej tęsknoty, a trzeba je trzymać na wodzy, aby się stało zadość świadectwu prawdy.

Będę więc notował ich postacie szkicowo, w miarę biegu tych wspomnień.

Jadzia - ciemna blondynka, szczupła, dowcipna, konsekwentna w działaniu, ambitna, nieskłonna do wynurzeń.

Genia brunetka, usposobienia pogodnego, impulsywna, bezpośrednia w wypowiedziach, ustępliwa.

Obie zaś ładne, ujmujące w obejściu, uzdolnione, pracowite, skłonne do bezinteresownych odruchów serca.

Podobnie jak matka, religijne, ale bez cienia bigoterii. Wychowane były w atmosferze romantyzmu narodowego, która otaczała je zarówno w domu, jak i na pensji p. Sikorskiej. Pojmowały polskość jak religię - uczucie nie podlegające kompromisom, odczuwały je całą swoją istotą. Z postawy swej przypominały Polki grottgerowskie. Rozumiały, że patriotyzm wymaga ofiar - jak miłość, dlatego nie narzekały na wojnę i jej następstwa, bo tego wymagała miłość Ojczyzny, jej obrona.

Jadzia rozdzielona po wojnie z jedynakiem, przebywającym na emigracji, to samo Genia z Julkiem, nigdy nie wypowiedziały słowa potępienia dla tej tragicznej rozłąki, która stała się dla jednej i drugiej przyczyną ich własnej, przedwczesnej śmierci.

Jako dziewczynki, żyły ze sobą w najściślejszej wspólnocie uczuć, wrażeń, zainteresowań. Jadzia była jednak o 3 lata starsza od Geni, według ówczesnych pojęć i zwyczajów, powinna pierwsza "wejść w świat". Jadzia miała zatem większe przywileje towarzyskie, większą swobodę postępowania, a nawet inne, odpowiednie do wieku stroje, na które Genia musiała jeszcze poczekać.

Niewątpliwie Genia odczuwała tę różnicę, ale musiała się z nią godzić jak z naturalnym porządkiem rzeczy.

Jadzia starsza, ładniejsza, a więc śmielsza, miała większe powodzenie, Genia o urodzie nie rozkwitłej jeszcze, nieśmiała, była w położeniu młodszej siostry. Ta sytuacja przyczyniała się do wytworzenia pewnych różnic w ich charakterach

W dalszym życiu jednak, Genia, mimo swej nieśmiałości, która pozostała jej cechą, nie była, bynajmniej postacią drugoplanową, przeciwnie, z biegiem lat jej stanowisko w rodzinie nabrało zdecydowanej przewagi i autorytetu.

Rodzice nigdy nie czynili między córkami różnicy - czy to w sprawunkach czy w okolicznościowych podarunkach, czy w upominkach z podróży, zawsze sprawiedliwie i jednakowo obdarzali swe "dziewczynki". Już z wystawy Paryskiej, kiedy były jeszcze małymi dziewczynkami, przywiózł im ojciec wachlarze ze strusich piór, w szylkretowej oprawie, potem z Włoch lornetki teatralne ze złoconego brązu z intarsją z masy perłowej - później, kiedy dorosły, miały jednakowe futra i podobną biżuterię. Kiedy Jadzia jako narzeczona, dostała od rodziców wisiorek brylantowy ze szmaragdami, wkrótce jeszcze ładniejszy wisiorek z dwóch brylantów w platynie dostała Genia.

Kiedy po śmierci ojca otworzyliśmy kasę ogniotrwałą, między innymi leżała w niej koperta z napisem ręką ojca: "dla Geni", a w niej pakiet listów zastawnych Towarzystwa Kredytowego m. Warszawy na sumę 20 tys. zł będącą równowartością posagu otrzymanego przez Jadzię.

Syn Jadzi, Jasio, odziedziczył po matce wiele cech. Pamiętam, miał wtedy jakieś siedem lat. Biegnąc przez przedpokój, upadł i rozciął sobie o kant krzesła wargę. Trzeba było czym prędzej założyć szew. Porozumieliśmy się telefonicznie z chirurgiem dr Cholewińskim. Pojechałem z Jadzią i Jasiem, dr przygotował już narzędzia. W pewnej chwili pyta Jasia: "no zaczynamy?" Na to Jasio: "jeszcze chwileczkę" - Co, pyta doktor, boisz się? - "Nie, odpowiada, tylko nie mogę się zdecydować". Ta odpowiedź w ustach dziecka, była charakterystyczna dla jego natury. Po chwili, bez żadnego znieczulenia dał sobie nałożyć szwy.

Kiedy był uczniem gimnazjum im. Mikołaja Reja, w klasie siódmej czy ósmej w czasie pobytu na wsi w Rejówce, jeden z kolegów popchnął go tak nieszczęśliwie, że Jaś upadł w rów i złamał sobie rękę. Dla szkoły był to bardzo nieprzyjemny incydent. Dyrektor pytał go wielokrotnie, kto go popchnął, Jasio uparcie odpowiadał, że nie wie, aczkolwiek wiedział doskonale, jak i wszyscy jego koledzy. Milczenie Jasia tłumaczyło się tym, że nie chciał, aby kolega poniósł odpowiedzialność, bo zrobił to niechcący. Stanowiskiem swoim zmuszał innych do milczenia.

Będąc studentem politechniki, miał pojedynek z kolegą, który go obraził, Jaroszewiczem, synem Komisarza Rządu na miasto Warszawę. Warunki przewidywały spotkanie na szable. Jasiek, aczkolwiek uczył się fechtunku w gimnazjum i miał dobre wyniki, wziął jeszcze kilka lekcji u mistrza Michaud. Spotkanie miało się odbyć w lasku na Bielanach. Sekundanci przygotowali broń, samochody, zaproszono lekarza chirurga.

Jasiek powiedział o wszystkim matce, wyjaśniając, że został znieważony i musi się bić. Jadzia podzieliła stanowisko jedynaka.

W dniu pojedynku o świcie, Jaś spał snem kamiennym. Jadzia obudziła go słowami: "Jasiu, wstawaj, masz dzisiaj pojedynek".

A potem poszła do kościoła i modliła się przez cały czas.

Jasiek ciął przeciwnika w głowę. Sekundanci przerwali dalszą walkę, uznając sprawę za zlikwidowaną. Przeciwnicy podali sobie ręce.

Kiedy Niemcy w nocy z 5-go na 6-ty września 1939 r. przerwali front i pancernymi zagonami zbliżali się do Warszawy, Jadzia szyła coś w jadalni i słuchała radia. Władek kładł się już spać. Ja z Genią pożegnaliśmy się i zeszli o piętro niżej, do naszego mieszkania.

O północy Jadzia usłyszała historyczny komunikat radiowy o katastrofalnej sytuacji Warszawy i apel pułkownika Umiastowskiego, aby wszyscy mężczyźni, zdolni do noszenia broni, natychmiast opuszczali miasto, kierując się na Wschód

Jadzia obudziła Władka, zeszła do nas na dół, powiedziała krótko: jest rozkaz, musicie wychodzić natychmiast.

Wyekwipowani na prędce ruszyliśmy w noc, na Wawer, Kałuszyn, Siedlce, unosząc w sercu obraz moich ukochanych, ich stroskanych twarzyczek i zapłakanych oczu.

Później, w okresie okupacji, Jadzia z całym heroizmem współdziałała z synem w pracach konspiracyjnych, by wreszcie w godzinę "W" pożegnać jedynaka udającego się na koncentrację.

Z tych kilku wspomnień nie należy wnioskować jakoby Jadzia była jakąś matką - spartanką. Przeciwnie była uosobieniem czułości serca, wrażliwości na ludzkie sprawy i niedole, na które reagowała pragnieniem natychmiastowego przeciwdziałania złu,, odruchem oburzenia i energii.

Tym się właśnie różniła dobroć Jadzi od dobroci Geni. Podczas gdy Jadzia nastawiona była na zwalczanie zła, Genia gotowa była poświęcić więcej nawet niż tego wymagały okoliczności, byle uniknąć zła.

Kochały się miłością czystą, czułą, siostrzaną, wypróbowaną w latach wojny, głodu i okupacji. W papierach Jadzi zachował się list pisany do niej przez Genię, w okresie śmiertelnej choroby Władka - w 1948 r. Ile w nim przejmującej dobroci serca, każde słowo to pieszczota, każdym przytulała ją do serca, gotowa dzielić z nią ból i nieprzespane noce - cała Genia.

List ten musiał być szczególnie drogi Jadzi, skoro ten właśnie wybrała i zachowała.

Miłość Geni jaką mnie i naszych najbliższych darzyła, nie była uczuciem egoistycznym. Widziała po za nami świat i ludzi. Nas kochała najgoręcej, to prawda, ale była czuła, dobra i delikatna dla wszystkich, wrażliwa na cudzą krzywdę i niedolę a już szczególnie na krzywdę dziecka czy stworzenia i wtedy, niepomna na zmęczenie, gotowa była śpieszyć z pomocą.

Miała w sobie tę szlachetną godność, która powodowała, że nawet nieznajomi ludzie odnosili się do niej z szacunkiem.

Po śmierci Juli, Genia jak najlepsza i najczulsza matka, wychowywała jej syna Julka, który, trzeba to z uznaniem podkreślić, odpłacał się jej prawdziwie synowską miłością.

W roku 1939, kiedy Julek został ranny w bitwie pod Białobrzegami i dostał się do niewoli niemieckiej, zaś po roku, młodziutka żona jego Ela ze Stawowskich zmarła - Genia z kolei zajęła się wychowaniem ich syna, a swego ciotecznego wnuka, Jacka Sokolewicza. To jej wielka praca i wielka zasługa dla rodziny ale i ofiara z własnego życia.

W okresie I-szej Wojny Światowej, obydwie siostry moje czynne były w Komitecie Obywatelskim m.st. Warszawy, dumne świadomością współudziału w tych historycznych dniach odrodzenia ojczyzny.

W II-gą Wojnę Światową we wrześniu, patrząc na niedolę cofających się oddziałów polskich, na szarą twarz naszego żołnierza, ostatkiem sił wlokącego się na odparzonych nogach - samorzutnie, kierując się głosem serca i poczuciem obowiązku współdziałania z Armią, zorganizowały w domu naszym punkt pomocy żołnierzowi - rozdawnictwo gorącej strawy.

We wrześniu 1939 r. brama naszego domu na Elektoralnej stała otwarta na roścież [1]. W kuchni naszej stale gotował się kocioł zupy, tak samo w kuchni Jadzi. Pociągnięte ich przykładem poczęły również gotować dla żołnierzy inne panie zamieszkałe w naszym domu i oto, za sprawą moich sióstr powstał punkt opieki nad żołnierzem.

Zjadł, posiedział, umył się pod wodociągiem w podwórzu, dostał papierosów, znalazły się i środki opatrunkowe, przede wszystkim jednak odczuł serdeczność tej pomocy, ktoś o nim pamiętał, ktoś się o niego zatroszczył.

I pomyśleć, że w domu zostały one same, zdawało się kobiety bezradne, z sercem rozdartym rozłąką z najbliższymi: Julek i Jasio na froncie, ja i Władek w wędrówce na wschód, brak wieści od Wacków.

Teraz je rozumiem, te moje dziewczynki kochane. One czuły, że los przebłagać można tylko ofiarą, że będąc pomocne innym żołnierzom, robiły to jakby dla nas, że może nam w potrzebie inna kobieta-Polka pomoże, że los jest pamiętliwy.

I tak w istocie było. W moich przygodach wojennych niejednokrotnie doznałem ludzkiej dobroci i to mi zawsze dodawało sił, napawało otuchą i umacniało w wierze w pomyślne zakończenie wojny.

Rodzice wpoili w nas braci, że mamy szanować nasze siostrzyczki, dbać o nie zawsze i wszędzie oddawać im pierwszeństwo. Nasze "dziewczynki" były więc od dziecka traktowane przez nas z całą tkliwością i delikatnością. Nigdy nie zdarzyło się, żeby który z nas, chłopców, poważył się ubliżyć czy uchybić siostrze.

Ten stosunek, wpajany w nas przez rodziców od najmłodszych lat powodował, że i one z kolei poczytały za swój najważniejszy obowiązek dbać o nas braci a już szczególnie o mnie, najmłodszego. Może i dlatego, że kiedy bracia, po strajku szkolnym, wyjechali na wyższe studia zagranicę, nasza trójka pozostawała najdłużej w domu, trzymała się razem przez zmienne koleje losu i najściślej zżyła ze sobą.

Przez dwie wojny światowe, okupację i Powstanie Warszawskie, byliśmy, niejednokrotnie w sytuacjach nader groźnych, wystawiających na próbę nasze charaktery. Nigdy, przez moment, ani one, ani ja, nie zawahaliśmy się zastawić sobą drugie przed grożącym śmiertelnym niebezpieczeństwem. Wszystko to wytworzyło szczególny klimat rodzinny, który powodował, że czuliśmy się szczęśliwi i było nam dobrze tylko wówczas, kiedy byliśmy wszyscy razem. To nam pozwalało przetrwać wiele trudnych sytuacji i to nas nieraz w porę ostrzegało i zapobiegało złu.

Jeżeli je przeżyłem - im to życie zawdzięczam. Zwłaszcza Geniusia była mi żywym wcieleniem matczynej miłości i oddania. W najgroźniejszych chwilach stała przy mnie, gotowa bronić mnie z poświęceniem własnej osoby.

Tak było w wojnę, tak było w Powstanie, tak trwało aż do jej śmierci.

Zanotuję tu jeszcze jedną zasadę współżycia rodzinnego, przyjętą na Elektoralnej. Córki dziedziczyły biżuterię matki. Mimo, że przedstawiała znaczną wartość, uważaliśmy za rzecz naturalną, że tylko Jadzia i Genia nosić będą klejnoty matki.

Z kolei posagi wypłacone córkom, nie były zaliczane na poczet spadku. Taka była nasza, synów, wola i ona była dla nas prawem. Myśmy kochali nasze siostry i odbieranie im tego, co otrzymały od rodziców, uważalibyśmy za niemoralne.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku