Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-11-22 11:39:32
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział X

Parafia

Naszym kościołem parafialnym był kościół św. Karola Boremeusza, przy ulicy Chłodnej. Dziadek Wojciech, choć uczęszczał z rodziną do tego kościoła, nie był jednak tutejszym parafianinem. Zamieszkując do roku 1883 przy ul. Elektoralnej nr 23, należał, jak cała wschodnia połowa Elektoralnej, do parafii N.M.P na Lesznie.

Tu przypomina mi się pewne zdarzenie związane z osobą poprzedniego proboszcza na Lesznie, ks. prałata hr. Łubieńskiego.

Staraniem jego w kaplicy ś-tej Rodziny postawiony został piękny ołtarz z rzeźbionego dębu. Ołtarz ten stanowił dumę ks. Łubieńskiego.

Cóż kiedy kościelny nie mógł poradzić sobie z różnymi dewotkami, które przynoszone kwiaty, zamiast złożyć w zakrystii, same wtykały w wazony, zalewając ołtarz wodą.

Zagniewany proboszcz zapowiedział surowo kościelnemu aby najbliższą schwytaną babę przyprowadził do niego.

Już wkrótce jedna z delikwentek stanęła przed kurnosym obliczem wzburzonego proboszcza. Ten ostro zapytał gdzie mieszka, kiedy zaś wskazała odległą dzielnicę wykrzyknął: „Nie miałaś to po drodze innych kościołów, tu cię diabli przynieśli?.

Kościół nasz, zbudowany został w połowie XIX wieku przez architekta Henryka Marconiego, w kształcie bazyliki rzymskiej. W prezbiterium piękne świeczniki i cymborium z brązu złoconego, dar Juliana Frageta. W kaplicy, na wprost zakrystii, wisiał ogromny portret, en pied, przedstawiający młodą i piękną kobietę, w czarnej, aksamitnej sukni, modlącą się przy klęczniku, fundatorkę kościoła - Klementynę z ks. Sanguszków hr. Małachowską. Pod portretem marmurowe, łacińskie epitafium. Wszystko to Niemcy wraz z prezbiterium wysadzili w powietrze.

Obecnie ta odbudowana kaplica ma przebite wejście z nawy bocznej. W tej samej nawie bocznej, w ołtarzu, wisi do dziś piękny obraz, współczesna kopia Michelangelo da Caravaggio, zdjęcie z krzyża. Ks. Fajęcki sprowadzał rzeczoznawców, między innymi prof. Bogdana Marconiego, konserwatora Muzeum Narodowego. Przypuszczano bowiem, że jest to replika samego Caravaggio. W kościele, w ołtarzach były nadto obrazy malarzy polskich z połowy XIX wieku, między innymi Hadziewicza i Buchbindera.

Kościół ten był ściśle związany z przeszłością mojej rodziny. Tutaj ja byłem chrzczony, tutaj święciliśmy jubileusze pożycia małżeńskiego rodziców, stąd odbył się pogrzeb Juli i obojga moich rodziców, tutaj wreszcie chrzczony był Julek.

Wchodząc do tej świątyni, wyczuwam bliskość wszystkiego, co minęło, ogarnia mnie, jakby ciepło domu rodzinnego. Pod stropy tej świątyni wznosiły się modlitwy i westchnienia mojej matki, ojca, sióstr i moje własne. Ileż to razy przed każdym egzaminem, matka żegnając mnie w drzwiach mieszkania upominała: "a pamiętaj, wstąp do kościoła".

Kiedy matka umarła, zostały po niej dwa czarne szale koronkowe, stare belgijskie, po babce Pytelskiej. Ubierając matkę do trumny, siostry moje zdecydowały przystroić matkę w te właśnie koronki. Jeden założony na głowę, spływał na ramiona, drugi przykrywał resztę postaci, aż do stóp.

Trumna matki była lutowana, dopiero wieczorem w kościele, w tym celu zdjęto ją z katafalku i ustawiono na posadzce, blacharze odkryli wieko. Wówczas nachyliłem się nad matką i począłem jej układać koronkę nad czołem. W kościele ciemnym o tej porze, prócz nas i kilku osób bliskich, nie było nikogo. Wiedziałem, że to ostatnie minuty, kiedy patrzę na jej kochaną twarz, nie miałem odwagi by raz jeszcze dotknąć jej ustami, żeby nie wzruszać Jadzi i Geni, ale poprawiając szal, dotykałem rękami jej twarzy i to było moje ciche, ostatnie pożegnanie z matką.

Ojciec mój długie lata zasiadał w radzie parafialnej kościoła. Za jego sprawą, przeprowadzono tu wiele poważnych inwestycji z funduszy powązkowskich, jak np. granitowe schody wejściowe na całą szerokość kościoła, na miejsce starych, żelaznych.

Kolejnymi proboszczami za mojej pamięci byli: ks. prałat Ponewczyński, ks. prałat Brzeski i ostatnio ks. Aleksander Fajęcki infułat, kanclerz Kurii, a serdeczny, wieloletni przyjaciel naszej rodziny. Ks. Fajęcki, dwa razy do roku, urządzał na plebani przyjęcia, w odpust na św. Andrzeja i 3-go maja w swoje imieniny. Uświetniał te przyjęcia swoją obecnością kardynał Kakowski i ks. arcybiskup Gall, przy bardzo licznym udziale duchowej hierarchii.

Zgodnie z życzeniem kardynała, przy stole nie podawano wódki. Kardynał sam nie pił, zaledwie tolerował wino i to z uwagi na toasty.

Kochany nasz gospodarz, chcąc zachować ten zakaz, a nie zawieść nadziei pozostałych gości, znalazł złoty środek.

Przez czas, kiedy kardynał w salonie rozmawiał, obstawiony odpowiednim gronem osób, księża po cichutku wymykali sie do gabinetu gospodarza, gdzie stał stół, suto zastawiony zakąskami i trunkami.

Pamiętam dwóch staruszków kanoników. Wśród baterii butelek, stojącej między zakąskami, spostrzegli jedną, która ich zaintrygowała. Była to butelka whisky Black and White. Staruszek włożył okulary, długo czytał etykietę, wreszcie zdecydował spróbować i widocznie czegoś takiego jeszcze nie pił. Nalał sobie porządny kieliszek, podsunął pod nos, wciągnął zapach i dopiero wypił, ale nie od razu łyknął, trzymał w ustach. Drugi staruszek wpatrzony w niego, czekał niecierpliwie na decyzję. Po chwili pierwszy łyknął i na twarz jego rozlał się uśmiech: affirmative. Wówczas obaj naleli sobie po kieliszku i tak kilka razy powtórzyli. Moc tego trunku, jego smak przypominający swojską okowitę, widocznie przypadły im do gustu.

Nawet im do głowy nie przyszło, żeby można było taki przedni trunek mieszać z wodą. Qui bono?

Przy obiedzie podawano do stołu już tylko wino.

Pierwszy przemawiał ks. kardynał, po nim adw. Stanisław Janczewski, później przedstawiciel duchowieństwa, wreszcie ja i na końcu gospodarz.

Po śmierci ojca ks. Fajęcki wciągnął mnie do pracy charytatywnej. Za jego sprawą, zostałem przewodniczącym Caritasu w naszej parafii oraz wiceprezesem budowy Świątyni Opatrzności w Warszawie, jako wykonanie votum Sejmu Czteroletniego tzw. Federacji Spełnienia Votum Narodowego. Prezesem był szambelan Franciszek Karpiński.

Zbieraliśmy się raz na miesiąc w mieszkaniu ks. Fajęckiego na Chłodnej. Architekt Bogdan Pniewski, sporządził projekt tej monumentalnej świątyni, przy której miał powstać Panteon ludzi Ojczyźnie zasłużonych. Był już wyznaczony i ogrodzony plac budowy na Polu Mokotowskim. Znaczne fundusze leżały w banku. Stocznia Gdańska, jako pierwszy ofiarodawca wyposażenia świątyni, przesłała dzwony. Wojna, raz jeszcze zniweczyła budowę tej świątyni, podobnie, jak za Stanisława Augusta jej poprzedniczki w Ogrodzie Botanicznym.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku