Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-01 18:18:17
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział X

Sport AZS – WTW

Ze sportów, nie licząc "szkolnej odry", jaką bywa zawsze piłka nożna, najdłużej pociągał mnie tenis. W Sopotach graliśmy wszyscy troje Jadzia, Genia i ja. Jadzia nawet ćwiczyła na sopockich kortach z trenerem bardzo popularnym wówczas zawodowcem. W Odessie grywałem na kortach stryja. Po pierwszej wojnie grałem w tenisa kilka lat w Gdyni. Jednak najwięcej pociągały mnie i najdłużej uprawiałem sporty wodne: pływanie i wioślarstwo. W 1932 roku w A.Z.S.-ie warszawskim jeździłem na różnych typach łodzi klasycznych, a nawet na canoe. Tę ostatnią wygrałem na loterii A.Z.S., ale pozostawiłem ją nadal na własność klubu.

W tym czasie old-boy, a mój bliski kolega adw. Otton Gordziałkowski budował w A.Z.S.-ie basen treningowy, kryty do zimowej zaprawy wioślarskiej. Było nas czterech przyjaciół: Ottek, jak żeśmy wszyscy go nazywali, zdobył dla Polski w Amsterdamie na ósemce złoty medal. Drugim wioślarzem z tej samej obsady, był Heniuś Niezabitowski, wreszcie trzecim przyjacielem, Heniek Łaguna. Ta nasza czwórka, szereg lat, bo aż do 1939 roku żyła w najlepszej zgodzie i przyjaźni.

W sezonie letnim, przychodziliśmy na przystań codziennie, po południu na kąpiel, pływanie i przejażdżkę łodzią. Wieczorem za to, szliśmy do kina, albo spotykali się w kawiarni Italia na Nowym Świecie, potem szliśmy zwykle na kolację do baru w Hotelu Europejskim, albo do Cristalu, do Wacia, czasami na dansing do Adrii czy Cafe Club'u, wreszcie wyjątkowo do nocnych knajp w rodzaju "Narcyza" albo "Kaukazkiej" w podziemiach Filharmonii.

W roku 1933, przenieśliśmy się do Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego, które dla nas, już starych koni, dawało więcej wygody w postaci lepszych szatni, natrysków, bufetu i obsługi.

W roku następnym, pojechaliśmy we trzech na regaty do Bydgoszczy - Łęgnowa [1], Ottek, Heniek i ja na zmianę na wiosłach i przy sterze.

Piękna wycieczka z noclegiem w namiocie, na wysokim brzegu Wisły. Jechaliśmy przez Wyszogród, Płock, Włocławek /postój w klubie u kpt. Bojańczyka/ Toruń, Fordon, śluzami na Brdę, a dalej do Łęgnowa. Po drodze kąpiel, plażowanie i te wspaniałe, już nie istniejące mielizny, romantyczne rękawy Wisły, gniazda rybitw, czapli, wszystko to nadawało naszej jeździe urok obcowania z naturą.

Cały czas szedł z nami przybór Wisły, goniła nas lekka piana i stale podnoszący się poziom wody. W Łęgnowie, jadąc przez tor, ciągnęliśmy co najmniej, jak zawodnicy regat, w każdym bądź razie, pokazaliśmy treningowej publiczności na trybunach - dobrą klasę jazdy. Zatrzymaliśmy się w Łęgnowie, w barakach dla zawodników.

Rano tortura: golenie w zimnej wodzie, nad kanałem. Po regatach, uroczystość rozdania nagród w hotelu "Pod Orłem" w Bydgoszczy. Ponieważ nadaliśmy łódź na bagaż, razem z łodziami zawodników W.T.W. i mieliśmy wracać do Warszawy koleją - abstynencja nas nie obowiązywała, Ottek już nie stawał do zawodów, mimo, że był w dobrej formie, wolał zachować swój tytuł mistrzowski. Trenował nie raz na skifie, uzyskując doskonały czas, z czasem przerzucił się na motorówkę. Ja pozostałem przy hamburce.

Wisła przez szereg lat pociągała mnie swym nieodpartym urokiem, te wszystkie Helgolandy, Oleandry i Wilanowy z letnią przystanią W.T.W i świeżo smażonymi rybami, te brzegi piaszczyste, rozbrzmiewające modnymi wówczas melodiami: "Tango Milonga" lub "To ta pierwsza miłość", te dziewczęta wesołe, towarzyszki naszych zabaw - pozostały trwale w mej pamięci.

W latach mojej młodości hippika była w Warszawie sportem kosztownym, uprawianym przez ekskluzywne towarzystwo ze sfer przeważnie ziemiańskich i wojskowych.

Warszawa w szerokim pojęciu, miała swe Pole Mokotowskie, wyścigi i totalizatora. Ojca mojego, ani nikogo z naszej rodziny, nie pociągał totalizator.

Na wyścigach bywaliśmy niejednokrotnie, ale traktowaliśmy je nie jako sport, lecz imprezę towarzyską, połączoną z defiladą próżności i przeglądem toalet. Można tu było spotkać znajomych, obejrzeć nasz świat artystyczny, arystokrację w popielatych cylindrach, snobującą na Epsom.

Sytuacja uległa radykalnej zmianie z chwilą otwarcia toru łazienkowskiego oraz organizowania w Warszawie międzynarodowych konkursów hippicznych, w których nasi kawalerzyści, reprezentując polską szkołę jazdy, zwycięsko współzawodniczyli z wojskowymi ekipami Europy. To już był sport pur sang.

Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy tych zawodów, zwłaszcza konkursu o Puchar Narodów.

Ostatni raz byliśmy w Łazienkach - Genia ja i Julkowie w roku 1938. Kto by przypuszczał, że te beztroskie chwile, spędzone na stadionie łazienkowskim, w promieniach zachodzącego słońca, były ostatnim w naszym życiu kontaktem z warszawską hippiką.

W Gdyni, organizowano latem konkursy hippiczne w Dolinie Redłowskiej. Tłumy letników, zjazd oficjalnych gości z Warszawy, urocze otoczenie stwarzały szczególny nastrój tej imprezy. Przez miedzę z Wolnym Miastem Gdańskiem, "nasi chłopcy malowani" [2] dawali popis brawurowej jazdy. Na przeciwległych zboczach doliny, rozsiadły się wśród lasu dwie orkiestry wojskowe. Grały "Serenadę" Schuberta, jedna przejmowała wątek melodii od drugiej, jak echo. Było to piękne i w plenerze morza i lasu nader romantyczne.

Mieliśmy lożę z Władkami i p. Jaworską z córką. Największą satysfakcję uzyskaliśmy, kiedy orkiestra zagrała hymn narodowy i siedzące w sąsiedniej loży niemieckie towarzystwo [3] musiało wstać i odsłonić głowy.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku