Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-20 17:05:13
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział I

Wojciech /14. IV. 1827 – 06. I. 1883/

Wojciech Talikowski 1827-1883
Wojciech Talikowski 1827-1883

Po śmierci Teodora ogrody i dom w Kotkowie zostały przez spadkobierców sprzedane. Z działów spadkowych Wojciechowi przypadła spłata, która umożliwiła mu zainstalowanie się w Warszawie i wykazanie swej przedsiębiorczości i uzdolnień w handlu. Szybko zorientował się w ówczesnej koniunkturze handlowej w Królestwie.

Olbrzymi rynek imperium rosyjskiego posiadał nieograniczoną chłonność. Był rok 1848. W Królestwie polskim rozwijał się dopiero przemysł, nawiązywały się stosunki handlowe z Rosją. Wkrótce sam los wskazał mu drogę. W 1851 nastąpiło zniesienie granicy celnej między Królestwem a Cesarstwem.

Dziadek jako jeden z pierwszych zorganizował eksport garbowanych skór i gotowego obuwia do Rosji. Zatrudnił około stu chałupników. Uzyskał nadto reprezentację na Cesarstwo słynnych garbarni westfalskich, zaangażował agentów i w krótkim stosunkowo czasie stał się człowiekiem zamożnym. Majątek zawdzięczał zdolnościom i uczciwej pracy.

W roku 1879 wraz ze swoim zięciem Jakubem Schatzschnejdrem zakupił od Jana i Ludwiki  Knaup za cenę 8.150 rubli srebrem duże tereny przy ulicy Wolskiej oznaczone numerem porządkowym 84 zaś hipotecznie zwane „Kolonia w Dobrach Wielka Wola i Czyste nr 9”. Było tego 32.535 łokci kwadratowych miary nowopolskiej, w tym 30.000 łokci kw. ogrodów. Kolonia ciągnęła się z północy od ulicy Wolskiej, aż do „traktu bitego kaliskiego” na południu. Jak wynika z opisu szacunkowego nieruchomości, były tam nadto dwa domy mieszkalne drewniane, kryte gontem, jeden piętrowy, stajnia itp. zabudowania gospodarskie, a nadto dwie altany. Cały ten teren był oparkaniony.

Rok wcześniej, w 1878 r. nabył od Ludwika Migasińskiego za cenę 13.200 rbs dwie kamieniczki przy ul. Kanonia w Warszawie z numerami porządkowymi 22/24, hipoteczne 77 i 78. /kamieniczki te, stanowiące niegdyś własność kapituły przy kościele św. Jana a skonfiskowane po powstaniu ukazem carskim z grudnia 1865 roku przeszły na skarb państwa, który następnie odsprzedał je osobom prywatnym/.

Dziadek Wojciech mieszkał przy ulicy Elektoralnej 23, na wprost szpitala Św. Ducha, zajmując całe pierwsze piętro. Trzymał konia i powóz.

Był postawnym, przystojnym brunetem o regularnych rysach, czarnych ognistych oczach, sutej czuprynie i wąsach. Takim go pamiętam z portretu w domu rodziców i w domu stryja Michała w Odessie. Opowiadał mi ojciec, że w przededniu wybuchu powstania 1863 zbierali się u dziadka w kantorze przy ul. Elektoralnej uczestnicy powstania, że w szafie był jakiś „filarek”, który się obracał i maskował skrytkę na papiery, że duszą tych zebrań był przyjaciel dziadka Ludwik Sztanke uczestnik powstania, urzędnik b. Banku Polskiego przy ul. Elektoralnej, stary kawaler. W dowód przyjaźni podarował on dziadkowi zabytkowy XVIII w. śląski dzbanek do kawy „Bunzlau” – Bolesławiec z orłem białym z dwoma mieczami, nadto sześć filiżanek ze spodkami angielskimi z wzorem chińskim /dzbanek ten i filiżanki były zawsze w domu moich rodziców w wielkim poszanowaniu – mam go do dzisiaj aczkolwiek uszkodzony i wypalony/. Przywiozła mi go ze zgliszcz Elektoralnej nasza służąca Zosia Wypych, która go odgrzebała w naszej piwnicy gdzie w czasie Powstania Warszawskiego był ukryty wraz z obrazami i srebrem.

Ojciec mój opowiadał jak dziadek wraz ze wspomnianym już na początku, przyjacielem swoim Olkiem Bieńkowskim wybrali się do Paryża na Wystawę Powszechną w 1867 roku. Szczegółów tej „kawalerskiej” eskapady tradycja rodzinna nie przekazała. Wiadomo natomiast, że dziadek przywiózł z Paryża wygarbowaną skórę olbrzymiego krokodyla, którą następnie ofiarował Gabinetowi Zoologicznemu Uniwersytetu Warszawskiego. Do końca życia lubił opowiadać o urodzie Cesarzowej Eugenii, którą widział na wystawie, przejeżdżającą powozem. Był nadto świadkiem zamachu Berezowskiego na cesarza Aleksandra II. Dziadek nie raz wspominał o swoim stryjecznym bracie Jasiu zwanym w rodzinie „Czarny Jasio” dla kruczych włosów, który osiedlił się na stałe na Kaukazie. Widocznie ciągnęła go krew tatarska. Tam się ożenił, miał podobno tylko jedną córkę.

Aleksander Bieńkowski założył z czasem fabrykę nożowniczą w wydzierżawionym byłym kościele Sw. Benona na Nowym Mieście, gdzie przetrwała jako znana ze swych wyrobów aż do drugiej wojny światowej.

Jak pisałem, dziadek Wojciech miał powozik i konia szpaka. Szóstego stycznia w Trzech Króli spieniony rumak stanął przed domem na Elektoralnej. Na poduszkach leżał dziadek trzymając się za serce. Stangret ze stróżem wnieśli go na piętro. Zdążył jeszcze podejść do okna, otworzył lufcik, rozpiął kołnierzyk i tak życie swoje zakończył mając zaledwie lat 56.

Dziadek był trzykrotnie żonaty. Z pierwszej żony Katarzyny z Budlewskich /1823-31.1.1867/ miał troje dzieci: córkę Teodorę zamężną Schatzschnejder, syna Ludwika zmarłego w wieku 14-tu lat i Teofila-Wojciecha, mego ojca. Z drugiej żony Domicelli z Czerwińskich /1845-19.5.1869/ miał syna Michała, założyciela drugiej linii Talikowskich i wreszcie z trzeciej  Marii z Budzyńskich /1850-11.4.1918/ - 5-cioro dzieci.

Po śmierci dziadka macocha przeprowadziła działy. Według urzędowego inwentarza i protokołu działów z roku 1883-5, które czytałem w warszawskiej hipotece, majątek dziadka oszacowany został na blisko 100.000 rubli.

W wyniku działów tereny na Woli, a z czasem również domy na Kanonii zostały sprzedane z licytacji. Nabyła je w roku 1914 za 20.000 rubli Hortensja Lewontalowa na ochronkę im. Kuriera Warszawskiego, od niej kupił je w 1918 roku, ale za cenę 57.000 rubli architekt Zdzisław Kalinowski, który je ze znawstwem i znacznym nakładem kosztów odrestaurował – były to bowiem domy pokanonickie z XVII w. o pięknych szczytach i polichromowanych stropach. Po śmierci Kalinowskiego, kamieniczki te nabyło duchowieństwo warszawskie i ofiarowało jako dar jubileuszowy kardynałowi Kakowskiemu, z przeznaczeniem na muzeum diecezjalne warszawskie. Kamieniczki te spalone w czasie Powstania Warszawskiego zostały odbudowane.

Tak więc po śmierci dziadka i sprzedaży Woli macocha pozostała przy kamieniczkach, gotówce i ruchomościach, zaś ojciec mój otrzymał spłatę.

Tegoż roku 1883, 18 sierpnia ożenił się z panna Anną – Anielą Pytelską  /19.7.1862 – 8.9.1934/ córką Aleksandra i Julii z Przybylskich, zamożnych mieszczan warszawskich i otrzymał 3.000 rubli posagu. Ślub rodziców odbył się w kościele N.M.P. na Nowym Mieście. Było to jeszcze w okresie żałoby po dziadku, dlatego wesele ograniczyło się do uroczystego obiadu dla rodziny. Wracając do wesela rodziców, z opowiadań matki utkwił mi w pamięci szczegół weselnego menu: pulardy w potrawie [1] z szyjkami rakowymi. Wspominam o tym, bo widocznie prawem dziedzictwa jest to dziś moja ulubiona potrawa.

Do Powstania Warszawskiego siostra moja Genia przechowywała pamiątki ślubne po rodzicach: było tam zaproszenie na ślub z tłoczonym monogramem państwa młodych, kokardka ślubna ojca z gałązką mirtu itp. Zachował się do dziś prezent zaręczynowy ojca,  bransoletka złota w kształcie paska zapiętego na klamerkę, przy tym zapięciu piękny brylant. Skoro już jestem przy biżuterii, pragnę wspomnieć, że większość klejnotów rodzinnych, jak kolczyki i pierścionki babki Pytelskiej i matki zostały sprzedane w okresie okupacji. Ocalał jednak między innymi prezent ojca ofiarowany matce za pierwsze dziecko, jest to piękny stary wyrób złotniczy – w kształcie róży z dwoma listkami, wysadzanej brylantami, można ją nosić jako broszkę i jako zawieszenie. Ostatnia z Talikowskich nosiła ją Genia.

Z prezentów ślubnych pamiętam srebrną paterę na owoce /do pożaru domu stała w jadali na konsoli/. Obraz „krajobraz górski” starej szkoły – prezent wujostwa Schatzschnejder oraz cukiernicę srebrną w kształcie skrzyneczki zamykanej na kluczyk, na kulkach zamiast nóżek, prezent wuja Michała Pytelskiego, najstarszego brata matki. Z innych prezentów ślubnych zachował się: tuzin łyżek do zupy i tuzin łyżeczek deserowych, wyprawowych, mam je do dziś, pamiątkę po babci Pytelskiej. Ocalały z powstania przypadkowo wrzucone przez Genię do neseseru wyniesionego do piwnicy. Wszystkie srebra miały monogramy matki, zaś łyżeczki deserowe – babki. Macocha przysłała ojcu na ślubny prezent komplet kuchennych naczyń miedzianych, wewnątrz bielonych cyną, składający się z kilkunastu rondli i kotła. Ojciec jednak dotknięty nieżyczliwym stosunkiem macochy do jego małżeństwa, /które go materialnie uniezależniało/, kazał odesłać jej ten prezent.

Wówczas dziadek Pytelski zakupił taki sam komplet miedziany i ofiarował córce, wypowiadając przy tym sentencję, która matka moja często powtarzała: „Anielciu, niech ci ludzie całe życie zazdroszczą, byle się nie litowali”.

Rondle te miały wybite na rączkach litery matki i przez długie lata stanowiły utrapienie wszystkich kolejnych kucharek, które musiały je, co tydzień czyścić do połysku. Zresztą z czasem stanowiły już tylko dekorację półek kuchennych – zastąpiły je bowiem rondle aluminiowe.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku