Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2011-09-09 16:58:46
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XII

Wędrówka – Sucha

Pamiętnej nocy z 5-go na 6-ty września 1939 roku na skutek apelu płk. Umiastowskiego, wyszliśmy ze szwagrem z Warszawy przez most Kierbedzia, kierując się na Grochów i dalej szosą, prowadzącą na Wawer, Mińsk Mazowiecki, Kałuszyn, Siedlce. Naszym celem był majątek Sucha pod Siedlcami, dzierżawiony przez Michała Jaworskiego, szwagra Władka.

Noc była pogodna, wraz z nami w ciszy i skupieniu, maszerowały brzegiem szosy i rowami grupy mężczyzn, migotały tylko ogniki papierosów. Środkiem szosy, płynął nieprzerwany potok wszelkiego rodzaju pojazdów. Mijały nas samochody luksusowe, oświetlone o zasłoniętych szybach, wiozące rząd w kierunku granicy rumuńskiej. Oto samochód premiera Sławoj-Składkowskiego, oto nuncjatury zdobny w herby papieskie, itd.

Kiedy się rozwidniło i uszliśmy już kawał drogi, widać było coraz to inne kolumny samochodów, ewakuujące przeróżne instytucje i urzędy włącznie z policją, kolejnictwem i strażą pożarną. Wozy ciężarowe, załadowane byle jak przeróżnym sprzętem i umundurowaniem, a na tym wszystkim żony i dzieci ewakuowanych funkcjonariuszy państwowych. Tu znów jacyś nierozeznani bliżej "uprzywilejowani" ludzie do korzystania z taboru i benzyny państwowej, jacyś mundurowi woźni, eskortujący samochody pełne skrzyń - wszystko to podążało na wschód z takimi minami, jakby dopełniali jakiegoś aktu szczególnego znaczenia.

Patrzyłem na to z goryczą w sercu. Kiedy jednak zobaczyłem mijające nas wozy strażackie i motopompy warszawskie i pomyślałem o tych co pozostali na miejscu w zdanej na łaskę wroga stolicy, wstrząsnęło mną oburzenie.

Pod Starą Miłosną wytworzył się nieprawdopodobny zator. Samochody, jadące w trzy rzędy, bez zachowania jakichkolwiek przepisów, zajeżdżały sobie drogę, bez żadnego pardonu. Tutaj, w promieniach wschodzącego słońca, zajrzałem do zablokowanych limuzyn. Siedziały w nich wygodnie paniusie obłożone walizkami i pudłami od kapeluszy, bony z dziećmi na kolanach a na błotnikach mężowie, oficerowie w mundurach z rewolwerami w rękach, którymi torowali drogę, rycząc dzikim głosem do kierowców innych wozów: "zjeżdżaj taki owaki synu, dawaj drogę", wynikały awantury między samymi oficerami. Wszystko to parło naprzód, aby dalej od nieprzyjaciela, niepomni na honor munduru, którego nie zdążyli zdjąć. To uciekali z Warszawy ludzie, którym Piłsudski lata całe kład w głowę, że są lepsi od innych Polaków, a co Sławek ujął w teorię elity społeczeństwa, byłych legionistów jedynie powołanych do rządzenia Polską.

Patrząc wraz z innymi mężczyznami, idącymi brzegiem rowu na tych ludzi ogarniętych zwierzęcą paniką, myślałem z bólem, trwogą i poczuciem krzywdy o moich siostrach, pozostałych w Warszawie, zdanych na łaskę losu.

Wychodząc nocą z Warszawy, przy dramatycznym pożegnaniu, mówiłem im: "nie płaczcie, bądźcie mężne, zostajecie same i musicie same sobie radzić, na waszej głowie cały dom".

Czułem, że muszę za wszelką cenę przerwać chwilę słabości, powstrzymać łzy cisnące się do oczu i skupić wolę i uwagę na jakimś ważnym, nam wspólnym zadaniu.

Teraz idąc szosą i patrząc na postawę naszych władz, wiedziałem, że już nikt się o nie nie zatroszczy. Inni wywozili swoje rodziny w bezpieczne miejsca, korzystali z jakichś elitarnych, a niczym nieusprawiedliwionych przywilejów - moje siostry miały się spotkać oko w oko z wrogiem i przeżyć cały koszmar okupacji.

Nie mogłem sobie darować, żem usłuchał tego bezmyślnego rozkazu. Moje miejsce było w stolicy i w jej obronie.

Za Starą Miłosną, sytuacja na szosie uległa radykalnej zmianie: wszystko to skręciło na południe, na szosę lubelską, kierując się ku granicy rumuńskiej. Myśmy pomaszerowali dalej na wschód, na Dębie Wielkie.

Przed samym Mińskiem Mazowieckim, dopadło nas lotnictwo niemieckie. Kiedy wchodziliśmy do miasteczka, rozległ się gwizd alarmowy lokomotyw na stacji. Zarządzono alarm lotniczy. Policja kazała nam zejść z ulicy i schronić się do ... sieni, parterowego, drewnianego domku, gdzie chyba dzięki Opatrzności, przetrwaliśmy nalot i bombardowanie.

Czym prędzej ruszyliśmy w dalszą drogę, aby nie dać się dogonić Niemcom, nie zdając sobie sprawy, że oni poruszają się szybciej od nas. Za Mińskiem, na szosie, panował nieopisany tłok furmanek, wozów, ludzi i inwentarza, maszerujących na wschód. Przeważali jednak mężczyźni. Co jakiś czas nadlatywały samoloty niemieckie i ostrzeliwały ludzi na drogach i sąsiednich polach z broni pokładowej. Toteż na warkot motorów ludzie porzucali pojazdy i kryli się w kartofliskach, bądź w cieniu drzew. Myśmy z Władkiem cały czas szli brzegiem szosy, wykorzystując cień drzew. Idąc naprzód trafiliśmy na ślady niedawnych tragedii. Trupy ludzi zabitych odciągano do rowów.

Znużeni długotrwałym marszem, zeszliśmy ze szwagrem z szosy na boczną drogę, by w jakimś gospodarstwie poprosić o nocleg w stodole.

Sen nas istotnie pokrzepił. Nie można było zbyt długo popasać. Obudził nas warkot samolotu, przelatującego tuz nad podwórzem. Instynktownie przymknąłem drzwi od stodoły, aby lotnik nie dojrzał nas i naszych kilku towarzyszy. Po spożyciu byle jakiego posiłku, pędzeni ciągłą obawą przed nadciągającym za lotnictwem nieprzyjacielem, ruszyliśmy dalej przez Kałuszyn na Siedlce.

Za Broszkowem, skręciliśmy w boczną drogę na północ, do Suchej, majątku hr. Cieszkowskiego, dzierżawionego przez p. Jaworskiego, doraźnego celu naszej wędrówki. Pani Zofia Jaworska, z d. Jacobson, była siostrą mego szwagra.

Marsz nasz był forsowny: w niespełna dwie doby zrobiliśmy blisko 70 kilometrów.

We dworze zastaliśmy wiele osób, zjechał hr. Dębiński-Cieszkowski, jego dwie ciotki, p. Stefan Jaworski z Warszawy, p. Obrębska, żona lekarza z Warszawy i inni. Nie bez kozery na portyku dworu widniał wyryty napis: "Sub vetera tectu sed paternalis". W kuchni pełno uciekinierów, policjantów, kolejarzy itp., każdego przyjmowano i dawano posiłek.

Na drugi, czy trzeci dzień po przybyciu do Suchej, rozeszła się wieść, że Niemcy są już we wsi. Drzwi frontowe gościnnego dworu zostały na głucho zamknięte.

Stałem w sypialni p.p. Jaworskich i patrzyłem przez firankę na zajazd i podwórze stajenne. Nagle dech zaparło mi w piersiach, na podwórzu, pokazał się konny podjazd niemiecki. Pokręcili się chwilę i odjechali do wsi.

A więc już są. Patrzyliśmy sobie w milczeniu w oczy z trudem przełykając ślinę. Na wieść o wkroczeniu Niemców, dwaj policjanci, którzy przyszli do kuchni napić się wody, rzucili się do ucieczki przez płot w pole, pozostawiając w kuchni karabiny. Czym prędzej zatopiliśmy je w sadzawce. Dworska broń myśliwska i krótka została już wcześniej zakopana w spichrzu.

Po obiedzie, kiedy siedzieliśmy w salonie przy robieniu z paniami papierosów, weszło kilku żołnierzy niemieckich z podoficerem. Pożądliwym okiem spojrzeli na tytoń na stole /dostali od p. Dębińskiej pudełko - setkę papierosów/. Rozejrzeli się po zebranych i rzucili krótki rozkaz: "Alle Männer raus", nakazując wszystkim mężczyznom we dworze stawić się na zbiórkę we wsi. Wyszliśmy. Zapowiedziane było nadejście większego oddziału z majorem. Wkrótce nadciągnął.

Niemcy posuwali się marszem ubezpieczonym, idąc gęsiego, po obu stronach drogi, pod drzewami, z bronią gotową do strzału. Major jechał na koniu środkiem drogi.

Kiedy nadciągnął cały oddział, pokazano majorowi mężczyzn, ustawionych we wsi w grupach, według umundurowania, a więc oddzielnie kolejarzy, policjantów, strażaków itd. Major zapytał przez tłumacza co to za jedni a kiedy mu wyjaśniono, Niemiec wziął się pod boki i zatrząsł od śmiechu. Bo rzeczywiście - ta bezładna ucieczka ludzi, których obowiązkiem była służba ludności cywilnej, nie dawała się niczym usprawiedliwić. Oblężona Warszawa broniła się, broczyła krwią śmiertelnie znużona. Podczas gdy w niebo biły łuny pożarów, wznieconych przez lotnictwo nieprzyjacielskie, kiedy ginęły skarby kulturalne narodu, wozy strażackie i motopompy zostały ze stolicy "ewakuowane".

W tym samym czasie, kiedy się to działo, brat mój dr Wacław wraz z dwoma synami Jasiem i Wacusiem, wyszli piechotą z Kutna na wschód.

Szli wśród palących się wsi i osiedli pod gradem pocisków. Niemcy posuwali się jednak szybciej, dogonili ich pod Kockiem. Przy kontroli starszego syna Jasia rozdzielili z ojcem i zabrali rzekomo do robót. Wacek z Wacusiem śmiertelnie znużeni zawrócili do Warszawy i dobrnęli do Elektoralnej. W kilka dni później, siedzę w Suchej przy obiedzie, aż tu służąca mówi, że jakiś pan pyta o mnie. Wychodzę do sieni i widzę Jasia Talikowskiego, pytam co, jak. Opowiada, że po rozdzieleniu z ojcem Niemcy popędzili go wraz z innymi mężczyznami na punkt zborny do Węgrowa, miasteczka w najbliższym sąsiedztwie Suchej, skąd mieli być wysłani do Prus Wschodnich. Jasiek wiedział, że Sucha jest w tej okolicy, ponieważ w Warszawie dowiedział się od Jadzi i Geni, że wyszliśmy z Władkiem do Suchej, więc po krótkim odpoczynku i oni trzej pomaszerowali w tym kierunku.

Na punkcie zbornym w Węgrowie zatrzymani mężczyźni zostali zamknięci i strzeżeni w okólniku. Jasiek wraz z innymi miejscowymi chłopcami, wykorzystując noc i znajomość terenu, uciekł z okólnika i klucząc bocznymi drogami i ścieżkami dotarł wreszcie do Suchej. Oczywiście pozostał ze mną.

Tak minęło kilka tygodni przeżytych w śmiertelnej obawie o moich kochanych, pozostałych w oblężonej Warszawie.

Wreszcie w końcu września 1939 roku stolica, a właściwie armia kapitulowała. Po kilku dniach można było wracać.

Chłodnym rankiem, zaprzęgnięto do wozu konie i ruszyliśmy drogą na Kałuszyn. Ruch na kolejach jeszcze nie był wznowiony. Kałuszyn przedstawiał sobą jedno, wielkie pogorzelisko, na którym sterczała tylko wieża kościoła i kikuty kominów spalonych domów. Roznosił się zapach spalenizny i trupi odór. Nasz woźnica przerażony widokiem, nie decydował się jechać dalej, chciał wracać do domu.

Wynajęliśmy więc inny wóz i niezwłocznie ruszyli dalej do Warszawy. Na wozie jechałem ja, Jasio, p. Stefan Jaworski, dr Obębska i jeszcze ktoś. Władek został w Suchej, nie chciał ryzykować jazdy.

O północy przejechaliśmy most Kierbedzia i skierowali się przez Plac Teatralny, Plac Bankowy na Elektoralną. Nikt nas po drodze nie legitymował. Pustka, cisza, tylko kroki żandarmów patrolujących miasto.

Wszystkich towarzyszy podróży wobec spóźnionej pory i niebezpiecznej sytuacji - zaprosiłem na Elektoralną.

Martwe miasto - na zgliszczach snuły się jeszcze dymy.

W miarę zbliżania się ciemnymi ulicami do mojego domu, rósł we mnie straszliwy, obezwładniający niepokój - co zobaczę.

Wreszcie na tle nieba ujrzałem szczyt naszego domu. Mur był poszczerbiony, jakaś wyrwa na czwartym piętrze, światła wygaszone.

Dopadłem bramy i począłem gwałtownie kołatać klamką. Po chwili otworzył dozorca Stanisław, pochylił się do mojej ręki i z miejsca służbiście meldował: "wszyscy żywi, zdrowi są na górze".

Winda nieczynna, pobiegłem pędem po schodach, pod nogami zgrzytało potłuczone szkło, okna zabite dyktą.

Ale już nas usłyszały, po chwili ukazało się światło świecy. Geniusia, Jadzia Jacuś, a to kto? Wacuś - Boże wielki, dzięki ci za tyle dobroci. Padamy sobie w objęcia, ściskamy się i całujemy bez końca. Nasza Zosia na gwałt rozpala ogień pod kuchnią. Genia szykuje poczęstunek dla całego towarzystwa. Palą się świece, siedzimy w naszej jadalni, która przypomina pobojowisko. Okna zabite dyktą, jakiś natłok mebli. Dowiaduję się po chwili, że mieszkanie Jadzi zostało zbombardowane, runęły sufity w kilku pokojach. Część ocalałych mebli została przeniesiona do nas, reszta do mieszkania tymczasowego w drugim podwórzu. Spostrzegłem, że moja duma, świecznik XVII w. z orłem, ów "Sylwester" ocalał, ale górne ogniwo łańcucha, na skutek gwałtownych wstrząsów, rozwarło się w sposób niebezpieczny.

Nasza kochana służąca, Zosia chodzi zapłakana z radości. Po chwili wjeżdża na stół puszka szynki eksportowej, chleb i herbata. Wszyscy są zbyt zemocjonowani i zmęczeni, żeby mogła wywiązać się rozmowa. Toteż Jadzia z Genią lokują towarzystwo na noc: panowie na klubowych fotelach, panie w łóżkach. Ja idę spać do pokoju Geni, który do połowy zastawiony jest jakimiś meblami.

Jestem cały przejęty cudem, jaki się dokonał - oto znów jestem razem z Genią i Jadzią. Komu mam dziękować za to nasze szczęśliwe połączenie po tylu długich tygodniach trwogi.

One, jak żołnierze przez cały czas oblężenia, były pod ogniem artylerii i lotnictwa, poniewierały się po piwnicach, a jednak wszystko to mężnie zniosły i wykazały powagę i przytomność, jakiej niejeden "dowódca" widziany przeze mnie tam na szosie do Lublina, nie wykazał, bo jej nie posiadał.

Komu dziękować mam, czy tylko Bogu, czy nadto jakiemuś duchowi opiekuńczemu, który unosił się nad naszym gniazdem, nad Elektoralną i odwracał od nas nieszczęścia.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku