Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-12 17:13:37
Przejdź do komentarzy (1)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XII

Getto - przeprowadzki

Kiedy Niemcy zamierzali włączyć ulicę Elektoralną do getta, szereg osób zwracało się do mnie, abym coś radził. Porozumiałem się z p. Wacławem Piekarskim, właścicielem domu przy ul. Elektoralnej 11 i razem udaliśmy się o pomoc w wyłączeniu naszej ulicy z getta do poleconego nam adwokata, Niemca z Berlina, rzekomo bardzo wpływowego.

Mieszkał, pamiętam, przy ul. Wiejskiej. Nadzwyczaj układny, wykazał pozorne zainteresowanie się sprawą, polecił nam zebrać na odnośnej petycji podpisy właścicieli wszystkich fabryczek, warsztatów i sklepów, mieszczących się na naszej ulicy, z podaniem ilości zatrudnionych pracowników

Obeszliśmy całą ulicę dom po domu. Odtąd telefon urywał się w naszym mieszkaniu. Dziesiątki ludzi przychodziło do mnie, składało podpisy pod pieczątkami firmowymi, wpłacali przypadającą składkę, życzyli mi powodzenia w staraniach. Odbyliśmy kilka zebrań z zainteresowanymi sąsiadami. Byłem u p.p. Mirskich, właścicieli fabryki Frageta; bardzo życzliwie nas poparli i przedyskutowaliśmy wiele kwestii wspólnie z p. Górską i p. Kazimierzem Mirskim.

Sporządzony został plan naszej dzielnicy według wskazówek adwokata, z zaznaczeniem projektowanej przez nas zmiany granicy getta.

Stale kołataliśmy u Niemca. W ostatecznym wyniku nasze starania nie odniosły żadnego skutku. Niemiec wziął pieniądze, kołował, odwlekał, łudził nadzieją i w końcu nic nie zrobił.

W listopadzie 1940 roku, trzeba było wyprowadzić się z domu rodzinnego i pozostawić wszystko Żydom.

Porozumieliśmy się zawczasu z dr Mamrotem, dentystą, który zajął nasze mieszkanie, a my zajęliśmy jego przy ul. Chłodnej 6, na wprost kościoła Karola Boromeusza.

Nie na długo jednak - po roku Niemcy włączyli do getta i ten odcinek Chłodnej i trzeba się było znów przeprowadzać.

Powołane przez Niemców biuro mieszkaniowe przydzieliło nam sześciopokojowy lokal na rogu Siennej i Sosnowej pod nr 14 na pierwszym piętrze.

Władkowie uzyskali przydział lokalu w tym samym domu na II p. Wyprowadzając się z Elektoralnej, byliśmy spokojni i pewni, że tu wrócimy, było bowiem dla nas rzeczą nie do wiary, aby to bezprawie mogło trwać długo.

Ale przeprowadzka z domowych pieleszy, to już nie tylko kłopot i wydatek - to wydarzenie. Kiedy przyszedł przedstawiciel firmy przewozowej, Hartwig, żeby zorientować się w naszym mieszkaniu, okazało się, że meble z siedmiu pokojów naszych i sześciu Jadzi, zaledwie pomieszczą się w dwóch, ogromnych wozach meblowych o pojemności wagonu kolejowego każdy. Firma przysłała 10-ciu ludzi do noszenia i dwóch packerów. Kiedy przyszło do ruszenia z miejsca kredensu w jadalni, okazało się, że ten "mebel" na długość całej ściany, zbudowany z masywnego dębu i bogato rzeźbiony, nie rozbiera się, jak tylko na dwie części: górę i dół. Ośmiu ludzi z trudem na pasach dźwignęło go i zniosło na dół narzekając przy tym, że "taka sztuka, to nie do przeprowadzek". I mieli rację.

Na Chłodnej zamieszkaliśmy wspólnie z Władkami, przeznaczając jeden duży pokój na skład mebli, a i pozostałe nie lepiej się prezentowały. Wychylając się z balkonu, mogliśmy dojrzeć balkony naszego domu na Elektoralnej, leżącego po tej samej stronie ulicy. W tym mieszkaniu na Chłodnej przeżyliśmy wiele, ale najgorsze przeżycia dopiero nas czekały.

Pamiętam wigilię 1940 r., na którą zaprosiliśmy znajome panie rozdzielone z mężami, była więc p. Myszka Jacobson, p. Junka Kwiecińska, Mundkowie rozdzieleni z kolei z Georgette.

Była choinka, były orzechy, były zdrowia naszych kochanych, nieobecnych, ale przede wszystkim były kolędy. Ach, jak myśmy te kolędy śpiewali, z książkami do nabożeństwa w ręku i z takim przejęciem, jakby od tego zależał co najmniej wynik wojny. Kiedy Nend zanuciła "Stille Nacht, Heilige Nacht" żywo stanęła nam przed oczyma Georgette. Jeszcze w ubiegłym roku śpiewała z nami tę piękną kolędę.

Na Sosnowej mieliśmy już dwa lokale w jednym domu. Tutaj przeżyliśmy straszne bombardowanie niemieckie i ciężki nalot sowiecki, kiedy to pamiętna bomba trafiła na Pradze w tramwaj z przyczepnym wagonem, przepełniony ludźmi, zaś inne bomby zburzyły szereg domów w naszym sąsiedztwie na Siennej, Marszałkowskiej i w okolicy.

Sosnowa graniczyła z gettem. Środkiem jezdni biegły graniczne druty kolczaste. Z naszego, narożnego salonu widać było odcinek getta zamieszkały przeważnie przez zamożnych Żydów.

Nocami pod naszymi oknami szły szeregi przemytników z workami mąki, ziarna pszenicy, szynek /??? przyp. red./ i innych produktów, zakupionych przez getto.

Żandarmi niemieccy sowicie opłacani, przezornie znikali na czas tej operacji, zresztą wszystko to trwało zaledwie kilka minut.

Początkowo granice getta, obsadzone były przez żandarmerię niemiecką, z czasem jednak Niemcy poczęli się wyręczać wojskami najemnymi, Ukraińcami bądź Łotyszami, słynącymi z bestialstwa.

Pewnego dnia, granice getta na Sosnowej zostały obsadzone właśnie przez Łotyszów. Nasi przemytnicy, szybko doszli z nimi do komitywy. Robili to tak: najpierw dziewczyna kiwała z bramy na żołnierza Łotysza, pełniącego służbę i pokazywała mu butelkę wódki. Żołnierz wzbraniał się, odmawiał. Po dwóch, trzech dniach jednak, już wchodził do bramy i robił "interesy" z przemytnikami.

Żandarmeria niemiecka pełniła inspekcję granic getta w sposób dla siebie intratny, po tej linii poszli Łotysze.

Jeżeli chodzi jednak o Żydów, to posterunki Łotyszów postępowały z nimi jak ze zwierzętami.

Widzieliśmy z Genią z okna naszego mieszkania, jak dziecko żydowskie przeszło pod drutami na stronę aryjską, aby coś użebrać. Łotysz je zauważył, kazał dziecku przejść z powrotem pod drutami /była to pamiętam dziewczynka 6-7 lat/ popchnął je butem, a kiedy mała znalazła się już po stronie getta, zmierzył z karabinu, strzelił i roztrzaskał jej głowę, po tym do leżącego dziecka jeszcze raz strzelił.

Było to coś potwornego, Genia spłakała się i rozdygotana nerwowo, powtarzała w kółko "zbrodniarze".

Przyszedł dozorca, sprzątnął trupa, zasypał krew piaskiem. Kiedy indziej, na tym samym skrzyżowaniu Siennej z Sosnową, zagrała uliczna orkiestra żydowska. Najpierw modnego wówczas walca "Wesele". Wykonanie stało na bardzo wysokim poziomie, widać było, że to grają artyści. Po stronie aryjskiej zebrało się sporo ludzi. Wówczas Żydzi, widząc swoje powodzenie, zagrali poloneza Ogińskiego, co jeszcze bardziej się podobało i zebrało jeszcze więcej słuchaczy. Kiedy jednak orkiestra zagrała kujawiaka, ale jak zagrała, entuzjazm ogarnął zebranych słuchaczy, ludzie przez druty podawali Żydom banknoty, posypały się datki z okien domów, wzruszenie było obustronne - rozumieliśmy się.

Przemytnicy sowicie opłacali żandarmów, ale nie zawsze wszystko kończyło się pomyślnie. Pamiętam, usłyszałem krzyk i płacz na ulicy, kiedy wychyliłem się oknem, ujrzałem mieszkającego w sąsiednim domu przemytnika. Leżał zabity, z rozrzuconymi rękoma, tłusty i ciężki, na ręcznym wózku, który pchali jego kamraci, obok głośno lamentując biegła z rozwianym włosem jego żona. Tym razem nie udało się. Widocznie inspekcja komendy nakryła przemyt i użyła broni. Nie odstraszało to jednak innych łakomych na zysk. W tych latach okupacji każdy czyn nielegalny, był przecież zabroniony "pod karą śmierci".

Wrócę jeszcze do Chłodnej. Mur zamykający wylot Elektoralnej na rogu Białej, miał pozostawione niewielkie otwory przy rynsztokach, dla przepływu wody. Tymi otworami mogły przecisnąć się tylko małe dzieci wysyłane przez Żydów na stronę aryjską z różnymi poleceniami.

Widziałem, jak Niemiec złapał takiego dzieciaka i kazał mu z powrotem włazić do dziury. Kiedy dziecko było już od połowy w murze, Niemiec lał szpicrutą w chudy tyłeczek ile wlazło i ze wzrastającą złością, bo dziecko jakoś nie uciekało. Okazało się, że czy to z bólu, czy ze strachu, czy z głodu, a może ze wszystkiego tego razem zemdlało. Niemiec popatrzył na wyciągnięte dziecko i odszedł. Ludzie ocucili, nakarmili dziecko i już samo wróciło przez otwór.

Niemcy we wczesnych godzinach rannych urządzali najścia na mieszkania żydowskie i wyławiali młodych mężczyzn na roboty, z których przeważnie już nigdy nie wracali. W domu naszym, na froncie, mieszkał p. Serejski, właściciel fabryki lamp i żyrandoli, ojciec dwóch synów inżynierów. Ileż to razy słychać było od kuchni lekkie, nerwowe pukanie. Wpadali przyodziani w pośpiechu młodzi Serejscy. W paru słowach, z trudem wypowiedzianych, prosili Genię o azyl, od frontu bowiem dobijali się do ich mieszkania Niemcy, których samochód tzw. "buda" czekał przed domem.

Niepomna na własne ryzyko, widziała tylko nieszczęście i poniżenie tych ludzi, którym należało pomóc. Genia wprowadzała ich do naszej jadalni, siedzieli bladzi i czujni na każdy odgłos. Zosia pilnowała drzwi kuchennych, do drzwi frontowych było dość daleko w obszernym mieszkaniu i zawsze dość czasu, żeby się jednym z wyjść wycofać. Nikomu jednak nie przyszło wówczas do głowy, że Niemcy mogą obstawić oba wyjścia.

Po jakimś kwadransie Niemcy zazwyczaj odjeżdżali na dalsze łowy. Serejscy z wyrazem niemej wdzięczności w przygasłych zmęczeniem oczach, całowali ręce Geni.

W okresie getta wielu znajomych Żydów przechodziła przez gmach sądów na Lesznie na aryjską stronę. Odwiedziło mnie kilku adwokatów /wcześniej autor podał, że nie prowadził praktyki adwokackiej - przyp. red./, między innymi adw. Wacław Brokman, znany obrońca karno-skarbowy ze swym szwagrem o typie starego polonusa, siostra dr Kleimana, Rózia, jego szwagier Rothstein i wielu innych. Zdejmowali i ukrywali u nas białe opaski z niebieską gwiazdą, które przy powrocie przez sądy ponownie zakładali. Każdemu z tych ludzi pomogliśmy, poradzili, jeżeli tylko było to możliwe coś załatwili.

Sytuacja Żydów biednych i starszych, zwłaszcza w końcowym okresie istnienia getta, była wręcz tragiczna. Komitet żydowski w getcie, jak mi to opowiadał jeden z Żydów, nie mogąc pomóc wszystkim, przyjął zasadę pomagania ludziom najbardziej wartościowym, takim, którzy po przetrwaniu, byliby pożyteczni dla ogółu żydostwa. Toteż biedota marła masowo na ulicach.

W tych latach widzieliśmy rzeczy straszne, na naszych oczach mordowano ludzi, słyszeliśmy bezsilni ich przedśmiertne jęki. Gniew narastał w ludziach i jakaś kamienna zawziętość, pamiętliwa krzywdy krzepła w umysłach.

Kiedy zimą 1944 roku powieszono za murem, niedaleko szkoły Konarskiego, na balkonie wypalonego domu na Lesznie, kilkunastu mężczyzn, poszliśmy tam z Genią, by uczcić pamięć męczenników.

Nie wolno się było zatrzymać, więc sznur ludzi defilował przed tymi trupami i na oczach gestapo, każdy przechodzień czynił znak krzyża świętego i szeptem odmawiał modlitwę. Było to wspaniałe, wszyscy czuliśmy się braćmi i dla tych powieszonych i jeden dla drugiego.

Takich dowodów solidarności, jak w czasie łapanek, trudno było dawniej dopatrzyć się w Polakach. Nieznajomi przechodnie ostrzegali jedni drugich o grożącym niebezpieczeństwie i to w jednym zdaniu, wypowiedzianym szeptem. W obliczu wroga, kierował nimi jakiś samoczynny mechanizm współdziałania w obronie.



przejdź do początku

Komentarze (1)

    • avatar
    • Magda Gabryłowicz
    • napisał(-a) 2015-02-25


    Moja Mama, mieszkała przez krótki czas w mieszkaniu po rękawiczniku przy Elektoralnej 4. wyrzucona z wlasnego mieszkania w Aleji 3- Maja. opowiadala,widziała, pomagala.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku