Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-12 17:36:50
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XII

Przygody okupacyjne

W latach okupacji niejednokrotnie doznałem opieki Opatrzności, lub jak kto woli, szczęśliwego przypadku, który uchronił mnie od aresztowania, co w tych latach równoznaczne było z ryzykiem życia. Przytoczę dwa takie przykłady, a było ich znacznie więcej i bardzo groźnych, o czym piszę na innym miejscu.

Raz idąc Krakowskim Przedmieściem, pod rękę z moją ówczesną sympatią, Marysią T, tak byłem pochłonięty rozmową, że jakoś oboje nie spostrzegliśmy, jak znaleźliśmy się w centrum łapanki.

W jednej chwili oprzytomniałem, kiedym ujrzał, że ulica przed nami jest zupełnie pusta, zaś trotuarem i pod domami idzie łapanka: dwuszereg żandarmów z opuszczonymi karabinami. W sekundzie uświadomiłem sobie, że nie można się ani zatrzymać, ani uciekać. Roześmiany więc i dalej opowiadający coś swej towarzyszce, robiłem dobrą minę przy śmiertelnej grze.

Nie zatrzymani, przeszliśmy dwuszereg kilkudziesięciu żandarmów. Myśmy się zagadali - zgoda - ale oni? Prawdopodobnie pierwsi żandarmi, sądząc po naszym zachowaniu się, pełnym w ich rozumieniu pewności siebie, wzięli nas za volksdeutschów, zaś następni już nas nie zatrzymywali, sądząc, że tamci nas wylegitymowali. Długo wspominaliśmy sobie z Marysią tę przygodę.

Drugim razem było już gorzej. Ksiądz Wacław Karłowicz, kapelan A.K., nieustraszony Polak, ten sam, który w czasie Powstania wyniósł z płonącej Katedry krucyfiks z cudownym Panem Jezusem, odwiedzał mnie nieraz na Elektoralnej, prosząc o książki do prowadzenia tajnych wykładów o polskości Pomorza. Przy tej okazji, zaprosił mnie na konspiracyjne zebranie, na Kanonii, do miejscowego księdza. Księdza Wacława znałem z czasów, kiedy był wikariuszem w naszej parafii, ja zaś przewodniczącym miejscowego Caritasu.

W umówionym dniu, o oznaczonej godzinie, przybyłem na Kanonię, do mieszkania księdza, pierwsza sień, pierwsze piętro po prawej stronie vis a vis Katedry. Zebrało się już paru mężczyzn świeckich oraz ksiądz od Bernardynów, niektórych zebranych już spotkałem. Rozmawialiśmy, oczekując reszty zaproszonych.

Nagle, tuż pod oknami, rozległa się krótka seria strzałów z pistoletu maszynowego. Znieruchomieliśmy, trwała napięta cisza. Przezorność nakazywała szybko rozejść się, za chwilę mogli tu być żandarmi. Nie wiadomo było, co się właściwie dzieje na dole, może zabili tego spóźnionego, co szedł na nasze zebranie, ale mieszkanie miało tylko jedno wyjście, parę metrów od dzwonnicy i żadnych innych możliwości wycofania się.

Po chwili, gospodarz wymknął się, by zasięgnąć języka u zamieszkałego na parterze kościelnego.

Okazało się, że na ul. Świętojańskiej, tuż przed bramą dzwonnicy, leży zabity mężczyzna, mniej więcej o dwadzieścia kroków od naszego mieszkania, tyle co przejść przez bramę dzwonnicy. Kościelny miał się zorientować i powiadomić nas o sytuacji.

Po dłuższej chwili,denerwującego wyczekiwania przyszedł kościelny. Upewnieni, że droga wolna, pojedynczo, bądź po dwóch, rozeszliśmy się.

Jak się później okazało, było to morderstwo dokonane przez agentów niemieckich, do czego żandarmeria nie chciała się wtrącać. Oczywiście, tego dnia zebranie nasze nie doszło do skutku.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku