Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2016-08-14 11:06:03
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XIII

Jasio – konspiracja – naloty

Jako podchorążego Niemcy skierowali Jasia początkowo do Stalagu, później razem z innymi podchorążymi przenieśli go do obozu oficerskiego. Tam jednak byli traktowani przez nasze "rangi oficerskie" służbowo i na dystans. Jasiek nie mógł tego znieść i pogodzić się z bezczynnością życia obozowego.

Po roku, wraz z kolegą Lechem Kuczyńskim, obmyślili następujący plan: Zgłosili się na roboty rolne, podając się za ogrodników, chociaż mieli o tym zaledwie słabe pojęcie. Zostali skierowani do zakładu ogrodniczego przy cmentarzu i jakoś sobie radzili.

Teraz należało przeprowadzić drugą część planu - powrócić do kraju.

Jeżeli firma z Guberni Generalnej reklamowała jeńca [1] /żołnierza nie oficera/, jako niezbędnie potrzebnego w produkcji. Mógł zostać zwolniony z robót w Niemczech.

Szczęśliwie cioteczny brat Władka, Edmund "Edek" Piaszczyński był współwłaścicielem fabryki narzędzi chirurgicznych pod nazwą "Alfons Mann" na Białostockiej, na Pradze.

Jasio pisał i prosił, aby czynić starania nie tylko o niego, lecz również o jego przyjaciela z obozu, Lecha, z którym dzielili losy w niewoli.

Edek wystawił zaświadczenie dla władz, że Jasiek i Lech, jako studenci Politechniki Warszawskiej byli zatrudnieni w jego fabryce przed wojną i obecnie potrzebni są w produkcji. Nie bardzo wierzyliśmy w powodzenie tych starań, wydawały nam się nieosiągalnym szczęściem - a jednak udało się. Po uzyskaniu różnych pieczątek, poświadczeń itd., Arbeitsamt [2] warszawski wyreklamował chłopców.

Pewnego dnia jechaliśmy, Władkowie, Genia, i ja na Dworzec Główny, aby ich powitać. Umówiliśmy się, aby to powitanie w niczym nie zwracało uwagi Niemców na peronie, zdawało nam się, że wszystko może być niebezpieczne dopóki nie będą w mieszkaniu.

Byliśmy już wysiedleni i mieszkaliśmy na Chłodnej, tutaj przeżyliśmy wielki dzień. Ale już wkrótce po ich przyjeździe, Niemcy znów nas przesiedlili tym razem na Sosnową, gdzie wszyscy zamieszkali w jednym domu. Chłopcy zostali zatrudnieni i codziennie jeździli na Pragę do fabryki Edka.

Kiedy wczesną wiosną 1943 roku, wyłączono Elektoralną z getta i powróciliśmy do naszego domu, trzeba było odbudować zniszczenia, gruntownie wyremontować cały dom. Bardzo korzystną dla nas okolicznością było, że większość lokali została przydzielona pracownikom biurowym fabryki mydła Jeleń-Schicht, którym firma własnym kosztem odnowiła mieszkania.

Myśmy z Genią, Jackiem i Zosią powrócili do mieszkania rodziców. Jadzia zamieszkała po przeciwnej stronie klatki schodowej na IV p., bowiem jej mieszkanie wymagało dopiero odbudowy.

Naprzeciwko nas, drzwi w drzwi, w dawnym mieszkaniu Skulskich, zamieszkał inż. Stefan Ferch, mój dawny znajomy i klient, któremu przeprowadziłem sprawę rozwodową z pierwszą żoną. Wynajął on nadto na parterze w podwórzu lokal po lecznicy, w którym urządził swoje biuro budowlane. Jego pracownicy otrzymali legitymacje chroniące przed łapankami. Specjalnością biura była budowa chłodni.

Zbliżyliśmy się z nimi. Po pewnym czasie inż. Fech zatrudnił Jasia w swoim biurze. W ten sposób nie jeździł już na Pragę i nie narażał na łapanki. Mało tego, inż. Ferch nie wymagał nawet, aby codziennie przychodził do biura.

Jadzia była szczęśliwa i spokojna, nie przypuszczała jednak, że spokój jej będzie trwał tak krótko.

Już w kilka miesięcy po powrocie, Jasiek wstąpił do konspiracji. Jako podchorąży, prowadził szkolenie Armii Krajowej. Z czasem przyznał się matce do tego.

Szkolenie odbywało się zimą w odpowiednio zakonspirowanych lokalach i miało charakter teoretyczny. Latem grupa młodych ludzi i kilka dziewcząt jechali z patefonem do jakiejś podmiejskiej miejscowości. Dla zamaskowania właściwego szkolenia, na skraju lasu ustawiano patefon i kilka par tańczyło, mając baczenie na okolice. W lesie natomiast reszta młodzieży przechodziła ćwiczenia podchorążówki.

Jasiek, pracując pozornie w biurze inż. Fercha, w rzeczywistości cały wolny czas poświęcał sprawom Armii Krajowej i ewentualnego Powstania. Wtajemniczając matkę liczył na jej pomoc, dawał jej do przechowania materiały konspiracyjne. Jadzia nigdy ze mną o tym sprawach nie rozmawiała, uważała widocznie, że jest to jej tajemnica i nie ma prawa się nią dzielić, nawet z rodzonym bratem, którego kochała i ufała mu. Zresztą rozumieliśmy się z nią.

Kiedy klęska Niemców była już tylko kwestią czasu, Jasiek coraz bardziej był zajęty, do biura już nie chodził, wieczory spędzał z kolegami, bądź z Haliną Jacobson, która zamieszkała u Jadzi i z jej narzeczonym Kazimierzem Roztworowskim /oboje w A.K./ na mieście.

Jadzia czuła, że zbliża się termin decydujący.

W tym okresie byliśmy szczególnie uczuleni na wszelkie odgłosy z zewnątrz. Wśród snu budził naszą czujność nie tylko warkot motoru samolotu, czy zgrzyt hamulców przed domem, ale nawet stuk podkutych butów na trotuarze. Nasz wyostrzony słuch selekcjonował wszelkie niebezpieczne odgłosy.

W razie czegoś podejrzanego, zaraz dawaliśmy znać Władkom na górę, przez telefon.

Intendent ratusza warszawskiego p. Dawidowski, w okresie okupacji administrował przez pewien czas naszym domem. Mieszkając w ratuszu, był powiadamiany przez straż ogniową o meldunku alarmowym i natychmiast uprzedzał nas telefonicznie o spodziewanym nalocie, jeszcze na kilka minut przed syreną alarmową. Dawało to Geni możność obudzenia dziecka, ubrania go i zejścia z III-go piętra do piwnicy, chociaż zdarzało się, że zaobserwowane samoloty zmieniały kierunek i alarm nie następował.

Nasze oba piętra tj. ja z Genią i Władkowie byliśmy zawsze, dzień i noc w ścisłym kontakcie i współdziałaniu. Jedno bez drugiego nic nie postanowiło, ani przedsięwzięło.

W okresie nasilenia nalotów, Geniusia spała, jak zając, miała obok swego łóżka, łóżeczko Jacka. W nocy, na dzwonek telefonu, ja biegłem do aparatu, a Genia zrywała się i już ubierała Jacka, sypiał w bucikach, żeby wygrać cenne minuty. Z kuchni wybiegała Zosia i znosiła Jacka, okutanego w kołderkę, do piwnicy i tak kilka razy w ciągu nocy.

W piwnicy naszej, na Elektoralnej, ustawione były krzesła. Siedzieliśmy przeważnie w milczeniu, nasłuchując gwizdu bomb i orientując się po wstrząsach i nasileniu detonacji o sile bomb i kierunku nalotu. W korytarzu piwnicznym paliły się lampki elektryczne. W najbliższym naszym sąsiedztwie siedziały panie Dankowskie, matka i dwie córki oraz p.p. Ferchowie z córką Wiesią.

Pamiętam ten piękny, ciepły wieczór. Korzystając z długotrwałej przerwy w nalotach, udałem się z piwnicy do naszego mieszkania na III-cie piętro, uchyliłem w moim gabinecie okno wychodzące na balkon, oparłem się o parapet i słuchałem kojącej ciszy. Ulica wymarła, światła wygaszone, gdzieś w oddali słychać kroki patroli. Nareszcie można uporządkować myśli. Cieszyłem się nadzieją, że dzisiaj będzie spokojnie, że nasi kochani wrócą na noc do mieszkania.

Rozmyślałem z goryczą w sercu o nich wszystkich, pozostałych tam w piwnicy - oddychałem czystym powietrzem wieczoru.

Jakie piękne mogło by być życie. Byliśmy jednak w niewoli u łotrów, których zadaniem było wymordować nasz naród. Znikąd pomocy. Mogliśmy liczyć tylko na siebie. Wierzyliśmy w sprawiedliwość naszej sprawy, chcieliśmy przetrwać a nie ulec i nie zhańbić się słabością wobec wroga.

Spojrzałem na piękne wnętrze mego gabinetu, na obrazy, meble, na zaciszny kącik w rogu, gdzieśmy tak niedawno gawędzili z Jadzią, Genią, Halinką, Jasiem i p. Roztworowskim. Gdzie te chwile szczęśliwe! Dziś, jak zwierzęta siedzimy w dusznych, brudnych piwnicach głodni, wynędzniali.

Moje rozmyślania przerwał nagle syk potężnej rakiety. Wystrzelona z samolotu, pękła wysoko w górze, rozsypując się w długie, jasne warkocze, tzw. żyrandol. Po chwili druga. Zrobiło się widno, jak w dzień. A więc, zapowiedź ciężkich nalotów. Szybko zamknąłem okno i zbiegłem do piwnicy, aby razem z nimi podzielić los, jaki nam Opatrzność wyznaczy.

W tych dniach doświadczeń losu, niepewnego jutra, w dniach nieustannego lęku i napiętej czujności, szukaliśmy oparcia w Bogu. On tylko jeden rozumiał naszą niedolę, z Nim można było mówić otwarcie o wszystkim, i po polsku.

Na każdym podwórku warszawskiej kamienicy stał ołtarzyk, ukwiecony i oświetlony, przed którym lokatorzy zbierali się o oznaczonej godzinie, zwykle przedwieczornej, odmawiali wspólnie modlitwy i śpiewali pieśni nabożne.

U nas taki ołtarzyk stał w pierwszym podwórku, na wprost bramy. Myśmy na te modlitwy nie schodzili. Wszelka ostentacja uczuć religijnych była nam obca. Każde z nas miało modlitwę na ustach, nie umieliśmy jednak obnażać naszych smutków przed bliźnimi, nawet w obliczu śmierci. Podobnie drażniły nas pacierze, głośno odmawiane przez niektóre kobiety w schronach piwnicznych, w czasie nasilonych bombardowań, kiedy dom zdawało się unosił się w powietrze.

Już rodzice moi, aczkolwiek wierzący i praktykujący katolicy, nie mieli w sobie nic z bigoterii i ostentacji religijnej, i to nam widocznie przekazali.

Mieliśmy natomiast jeszcze innego powiernika naszych smutków i nadziei, była nim muzyka polska, a zwłaszcza Chopina.

Wydawał nam się tak polskim i bliskim, jakby razem z nami żył w okupowanej Warszawie, zaznawał tych samych doświadczeń czasu wojny. Głos z zaświatów. Wzruszaliśmy się słuchając jego muzyki, ale przecież pokrzepiała nas, jak słowa otuchy, dodane przez starszego brata, pod jej wpływem rosła w nas odporność, zawziętość, duma narodowa i siła.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku