Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-08-24 16:01:46
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział I

Teofil Wojciech /19. IV. 1860 – 14. IX. 1931/

Z kapitałem uzyskanym z posagu i ze spadku, mając ukończoną w roku 1879 Warszawską Szkołę Handlową, ojciec zamierzał otworzyć kantor bankierski i miał nawet umówionego wspólnika, kolegę szkolnego, p. Ożarowskiego, późniejszego dyrektora Lombardu Miejskiego w Warszawie. Nagła śmierć dziadka pokrzyżowała te plany: jako najstarszy z synów, musiał zająć się interesami dziadka. Pragnął przejąć je na siebie, w rozliczeniu spadkowym, tu jednak stanęła na przeszkodzie macocha. Miała ona własne plany majątkowe, uwzględniające w pierwszym rzędzie przyszłość jej małoletnich dzieci. Wskutek intryg macochy nie otrzymał ojciec reprezentacji Garbarni Westfalskich, na co przede wszystkim liczył, nie zgodziła się również na przejęcie przez ojca interesów dziadka, lecz pragnęła, aby za wynagrodzeniem pracował na jej rachunek.

Wówczas ojciec wyjechał do Rosji, nawiązał bezpośrednie kontakty z kupcami, odbiorcami dziadka i przejął eksport skór i obuwia do Rosji, odkładając swoje własne plany życiowe na później. Koniunktura bowiem była wyjątkowa. „W 1886 r. na drugie miejsce po przemyśle spożywczym, wysuwa się metalowy, trzecie miejsce zajmuje przemysł garbarski, czwarte tkacki. Warszawa stała się miejscem przemysłu skórzanego”. /Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego t. XIII. Warszawa 1893 str.30/.

Macocha rozesłała do kupców dziadka listy, drukowane kursywą na wolinowym papierze /egzemplarz takiego listu przechowywałem do Powstania/, w którym oświadczała, że nie ma nic wspólnego ze swym pasierbem i będzie sama prowadzić interesy swego zmarłego męża, polecała się ich uwadze itp. Kupcy jednak woleli handlować z ojcem.

Były to duże interesy. Tacy kupcy jak Bałaszew w Moskwie, czy Antipow, właściciel domu towarowego w Rostowie nad Donem, nabywali wagonowe partie towarów. Z każdej podróży do Rosji, ojciec przywoził nowe zamówienie i grube zaliczki. Pamiętam wizyty tych kupców w Warszawie i wspaniałe prezenty, jakie przywozili rodzicom. Córka Antipowa, Marusia, bardzo elegancka i przystojna brunetka, przyjechała kiedyś do Warszawy. Siostra moja Jula, towarzyszyła jej w przechadzkach po mieście i zakupach, rozmawiały ze sobą po francusku. Jula zaprowadziła ją do magazynu Hersego. Marusia wprowadziła ekspedientki w podziw ilością i kosztownością czynionych zakupów. Kiedy Antipow zbankrutował, ojciec stracił na nim 20.000 rubli.

W krótkim stosunkowo czasie ojciec dorobił się znacznego majątku. Już w 1893 r. za cenę 80.000 rubli, nabył od Eleonory i Józefa Gresserów nieruchomość przy ul. Elektoralnej nr. 32 hip. 760, składającą się z domu dwupiętrowego, o trzynastu oknach frontu i dużego ogrodu na tyłach posesji. Budynek w stylu empire, był dziełem znakomitego architekta warszawskiego Karola-Henryka Galle /1784-1929/. O domu tym wspomina Stanisław Łoza, w książce: „Architekci i budowniczowie w Polsce”. Warszawa 1954 str.87 i 411/. Nabytą nieruchomość ojciec znacznie, w kilku etapach rozbudował. Na miejscu ogrodów stanęły wielkie oficyny, front, dzięki wspaniałym fundamentom, został nadbudowany do czterech pięter i całkowicie zmodernizowany przez architekta Leona Drewsa, brata mojej stryjenki, Emilii Talikowskiej. W rezultacie powstała, jak na ówczesne stosunki warszawskie, bardzo duża i bardzo dochodowa nieruchomość. Czteropiętrowa komieniczka o dwóch ogromnych podwórzach, siedmiu klatkach schodowych, miała łącznie 206 izb i sklepy. Przed wybuchem II wojny przynosiła 7.000 zł. brutto miesięcznie.

Ojciec związany był z przemysłem garbarskim, lokował kapitały w garbarniach p. Jeromina i p. Józefa Gąsiorowskiego. Za poradą ojca, również wujostwo Schatzschnejder ulokowali na hipotece garbarni Gąsiorowskiego swoje oszczędności.

Znaczny majątek posiadał ojciec w akcjach i obligacjach państwowych, gdyż zawsze pociągały go operacje giełdowe.

W 1900 roku pojechał na wystawę powszechną do Paryża. Opowiadano w rodzinie, że po powrocie powtarzał, że jeszcze bardziej podoba mu się teraz Warszawa, właśnie dlatego, że ma w sobie tyle z Paryża.

Miał wyczucie w interesach. Zawczasu, bo już w 1904 r. na rok przed wybuchem rewolucji w cesarstwie, zlikwidował swoje interesy handlowe z Rosją. Miał wówczas 44 lata, był człowiekiem bardzo zamożnym, majątek jego obliczano na pół miliona rubli.

W 1907 roku zachorowała nasza najstarsza siostra Jula. Ojciec na zlecenie lekarzy wyjechał z nią do Włoch, gdzie przebywali przeszło rok.

Po powrocie do kraju, urzeczywistnił wreszcie plany swojej młodości; odtąd przez lat dwadzieścia jeden, aż do końca swego życia poświęcał się pracy w instytucjach bankowych i kredytowych, która mu najbardziej odpowiadała. Był wieloletnim członkiem Komitetu bądź Zarządu Kasy Pożyczkowej Przemysłowców Warszawskich, przy ul. Zgoda nr 1. a następnie założycielem i członkiem Zarządu Banku Przemysłowców Polskich Sp. Akc. /Jego podpis figurował na akcjach tego banku/. Był jednym z założycieli Banku Międzynarodowego w Warszawie i szeregu innych instytucji kredytowych.

Przez długie lata pełnił funkcje delegata Towarzystwa Kredytowo- Miejskiego w Warszawie.

Poświęcił się też z oddaniem pracy społecznej, powoływany do komisji skarbowych oraz komitetów i akcji dobroczynnych.

W roku 1906 jako jeden z elektorów, wybierał dwóch posłów z Królestwa do Pierwszej Dumy Państwowej. Był Sędzią Pokoju w sadownictwie obywatelskim w 1915 r. Za czasów zaboru rosyjskiego, około roku 1910-go był współzałożycielem gimnazjum polskiego im. Stanisława Wielopolskiego przekształconego następnie na gimnazjum im. Św. Stanisława początkowo pod dyrekcją prof. Jaczynowskiego, później ks. Romana Archutowskiego. /ukończył je jego wnuk Julian Sokolewicz/. Dla przymiotów swego charakteru, zapraszany bywał do sądów polubownych i rad familiarnych, wreszcie czynny był, jako działacz katolicki. Kardynał Kakowski często korzystał z rad ojca w sprawach gospodarczych i finansowych diecezji, lubił go i szanował, czemu niejednokrotnie dawał wyraz. Po śmierci barona Lessera, mianował go prezesem Zarządu Cmentarzy Rz. Kat. m. st. Warszawy. Była to instytucja przynosząca kościołowi znaczne dochody. Każdorazowy prezes, był doradcą kardynała w sprawach ekonomicznych. Radcą prawnym Zarządu Cmentarzy był wówczas adwokat Wacław Trejdosiewicz. Fundusze czerpane stąd, szły na remonty kościołów stołecznych i zakłady katolickie. Szereg proboszczy warszawskich, a zwłaszcza klasztor S.S. Sakramentek na Nowym Mieście, na wniosek ojca, miał przyznane przez kardynała znaczne subsydia [1].Toteż widzieli w ojcu swego opiekuna i protektora i okazywali mu wiele serdecznej wdzięczności.

W godzinach poobiednich, ojciec przyjmował interesantów, trwało to nieraz aż do kolacji. Natomiast we wtorki i czwartki wyświeżony i elegancki szedł do klubu, do Resursy Obywatelskiej na Krakowskim Przedmieściu. Grano wówczas przeważnie w winta i preferansa, a na dużej sali, na tzw. „górce” /były to małe saloniki II piętra połączone wewnętrznymi schodami/ grano w baka. Ojciec nie chodził na „górkę”, lubił natomiast zagrać w preferansa „w ciemno”. Raz wygrał od p. Majda, przemysłowca warszawskiego, znaczną kwotę, bo 2 tyś. zł. o czym mi sam mówił. Jednakże o wynikach gry w klubie, nigdy w domu nie było mowy. Ojciec, wracając w nocy, miał klucz od bramy, ślusarz zrobił mu go dla wygody, składany.

W roku bodajże 1925, został ojciec członkiem honorowym Resursy Obywatelskiej. W tym czasie dochody  były znaczne, sam dom jak wspomniałem przynosił miesięcznie 7 tyś. zł. brutto, do tego dochodziły transakcje giełdowe, kupony od akcji i listów zastawnych, dywidendy i różne żetonowe, które w sumie stanowiły poważną pozycję wpływów, wystarczającą na pokrycie bieżących wydatków na dom.

Ta właśnie niezależność materialna i osobista pozwalała ojcu na poświęcenie się pracy społecznej, a jak wówczas mówiono: „działalności obywatelskiej”.

W 1927 roku Watykan odznaczył ojca orderem „Pro Ecclesia  et Pontifise”. Insygnia i dyplom wręczył ojcu w mieszkaniu delegat kardynała, dziekan warszawski, ks. prałat Feliks Puchalski w asystencji ks. prałata Aleksandra Fajęckiego, kanclerza Kurii, a naszego proboszcza.

Ojciec mówił biegle po rosyjsku i niemiecku, przy tym w jednym i drugim języku z doskonałym akcentem, umiał  świetnie pochwycić właściwości tych języków i ich charakterystyczne zwroty. Sprawiły to częste podróże do Rosji i Niemiec. Francuskiego nie znał, chętnie natomiast wtrącał poszczególne słowa francuskie do rozmowy. Nas dzieci zawsze bawiło, jak ojciec z chwilą wejścia do pokoju służącej, przerywał bardziej intymny temat rozmowy słowami: „silance apres domestique”.

Przesadnie lubił czystość, sam się nie golił, nie umiał się posługiwać brzytwą, codziennie przychodził fryzjer p. Kazimierz Januszewski, właściciel zakładu fryzjerskiego na Elektoralnej.

Ubierał się zawsze elegancko, nosił ówczesną modą wyłącznie sztywną bieliznę. Tylko stała praczka p. Sławkowska, umiała dogodzić jego wymaganiom. Dopiero na rok przed śmiercią, kiedy mieszkał w pensjonacie w Konstancinie, kupiliśmy ojcu z Gienią, miękkie jedwabne koszule, w których jednak wydawał nam się jakiś  inny, to do niego po prostu nie pasowało. Nosił garnitury przeważnie szare albo granatowe w jednym kolorze, względnie angielską kratę. Na lato marynarka alpagowa, czarna na miasto, kremowa czesankowa na letnisko, kapelusz panama lub gasparon, Borsalino Antica Casa. Latem do garniturów jasne kamizelki. Do tużurka kamizelka czarna jedwabna w rzucik /haftowane przez Julę/, do żakietu plastron ze szpilką. Miał tych szpilek cała kolekcję: jedna była po dziadku, starej roboty, rubin z dwoma brylancikami, uratowałem ją z Powstania i kazałem przerobić na pierścionek dla Gieni, druga z rubinem z Birmy, dużym kabaszonem, przebitym złotą strzałką, prezent od Jakuba Schatzschnejdra, szwagra ojca /obydwie mam do dzisiaj/, to znów perła z brylancikiem, koral różowy /kupiona we Włoszech/ itp.

Na krawaty miał specjalne mahoniowe pudełko. Nie umiał ich wiązać, do ostatnich lat życia, nosił krawaty gotowe.

Frak, zawsze z czarną kamizelką, ostatnio był w nim na rok przed śmiercią na balu w Resursie Kupieckiej i w nim został pochowany.

Jesienią i zimą nosił melonik wiedeński. Futro norki z kołnierzem bobrowym, pokrycie czarne, chociaż pamiętam, że to samo futro miało przedtem pokrycie brązowe. Na mrozy, czapka futrzana, fokowa.

Miał cały zbiór lasek: z drzewa wężowego, mahoniu, hebanu, malagi, z rączkami z kości słoniowej, srebrnymi z monogramami, wszystko to zgodnie z ówczesną modą, prezenty przyjaciół i rodziny. Ze wszystkich tych lasek, używał tylko jednej, cienkiej z drzewa wężowego, z rączką z kości słoniowej, prezent Józefa Sokolewicza. Zawsze mówił, ze lubi ją za to, że taka lekka. Palił papierosy i cygara, miał kilka fajek z bursztynu i pianki, których nie używał, znów  prezenty, wolał swój ulubiony, krótki munsztuk z bursztynu.

Był człowiekiem ogólnie cenionym i szanowanym o wysokim poziomie etycznym, nas jednak dzieci zjednał sobie na śmierć i życie bezgraniczną miłością i poświęceniem, jakie nam okazywał. Z lat dziecięcych, pamiętam takie wydarzenie. Jedno z nas zachorowało na szkarlatynę, reszta separowana mieszkała na Podwalu u wujostwa. Ojciec odwiedzał nas codziennie, w ten sposób, że posyłał nam na górę słodycze i owoce, po czym stawał po drugiej stronie ulicy, my zaś w oknie mieszkania cioci, musieliśmy mu się wszyscy pokazać aby go upewnić, że jesteśmy zdrowi. Takich przykładów troski i miłości ojcowskiej, pamięć lat dziecięcych zachowała bez liku. Czuliśmy, że jesteśmy kochani, mimo, że miłość jego pozbawiona była czułostkowości, był pozornie surowy i hieratyczny.

Dla matki naszej był zawsze pełen szacunku. Nigdy żadne z dzieci nie słyszało sprzeczki między rodzicami. Wstając od stołu po obiedzie, ojciec podchodził do matki i całował ją w czoło, zaś każde z nas całowało ojca i matkę w rękę.

Dobroć i szlachetność ojca przejawiała się nie tylko w stosunku do swoich najbliższych. Dla przykładu przytoczę następujące fakty: kiedy w I Wojnę Światową wojsko rosyjskie zmęczone maszerowało naszą ulica na front, ojciec kazał z piekarni znajdującej się w naszym domu wynosić i rozdawać żołnierzom całe kosze pieczywa i chlebów do ostatniego bochenka, na jego oczywiście rachunek. Była to reakcja jego serca na widok niedoli żołnierskiej.

Kiedy indziej przed sklep z konfekcją, na wprost naszego domu należący do wdowy, zajechał wóz skarbowy, aby za zaległe podatki zabrać zajęty w sklepie towar. Wdowa zalewała się łzami. Nadszedł na to mój ojciec, zapytał, o co chodzi i ku zdumieniu egzekutorów zapłacił za wdowę zaległy podatek, wstrzymując egzekucję. Takie były odruchy jego serca, czy nawet gesty, ale fakt, że nikt inny nie potrafił tego zrobić.

Tatarskim znakiem rodowym Talików był herb „Jachicz”, jakby strzemię pozbawione dolnej poprzeczki – ojciec nigdy go nie używał. Obracał się zresztą w sferach burżuazyjnych, gdzie te rzeczy nie miały większego znaczenia. Wśród kupców, fabrykantów, bankierów czy rzemieślników decydowało dobre, nieposzlakowane imię, wypłacalność, która otwierała kredyty i dyskonta we wszystkich bankach. Ojciec mógł korzystać z kredytu nieograniczonego. Dopóki prowadził interesy z Rosją, weksle kupców dyskontował ze swoim żyrem. Z chwilą likwidacji tych interesów, a więc od 1904 roku weksli jego nie było w ogóle w obiegu. Dom był czysty, bez grosza długu, poza niewielką skonwertowaną końcówką Towarzystwa Kredytowego Miejskiego.

Nie lubił ziemiaństwa, zwłaszcza bufonów, którzy siedzieli po uszy w długach u Żydów i byli bezwstydnie niewypłacalni.

Natomiast pamiętam, z szacunkiem wyrażał się ojciec o ludziach publicznie zasłużonych, zwłaszcza o księciu Zdzisławie Lubomirskim, pierwszym prezydencie Warszawy w odrodzonej Polsce i jego zastępcy inż. Piotrze Drzewieckim.

W życiu towarzyskim jego niezaprzeczalnym walorem była bezpośredniość, która już po paru zdaniach łamała lody konwenansu, wprowadzała rozmowę na tory szczerej i prostej wymiany myśli. Usposobienia pogodnego, lubił towarzystwo i szukał kontaktu z ludźmi czy to w instytucjach, czy w klubie czy w kawiarni. Gościnny był tą staropolską,  szeroko a serdecznie pojętą gościnnością. Mając sam lat blisko 70 nie lubił i unikał towarzystwa ludzi starych, zwłaszcza kobiet, owych zgorzkniałych abnegatów czy bankrutów życiowych, rozprawiających o latach minionych.

Najchętniej przebywał w młodym towarzystwie. Na zabawach tanecznych u Jadzi jego obecność była wszystkim miła, tyle miał w sobie żywotności i humoru.

Już w starszym wieku, ojciec często chodził z nami na bale do Resursy Obywatelskiej. Doskonale nosił frak. Kiedy myśmy na górnej sali tańczyli, ojciec w pokojach klubowych grał w preferansa, spotykaliśmy się przy kolacji.

I jeszcze jedna cecha charakteru ojca, którą winienem wspomnieć. Jego bezinteresowność. Miał, jak to wówczas mówiono „pański gest”. Nie znosił długów wdzięczności, za wyświadczoną mu przysługę czy uprzejmość, niezwłocznie szukał okazji do zrewanżowania się. Nie przypominam sobie, żeby ojciec biesiadując w towarzystwie, w klubie czy restauracji, rozliczał się z kimś przy regulowaniu rachunku, po prostu pierwszy wyjmował portfel i płacił cały rachunek, pozostawiając otwartą drogę do rewanżu. Idąc na proszony obiad, rodzice zawsze brali ze sobą jakiś drobny upominek, albo zależnie od okoliczności posyłali tort. A ileż to razy, kupowało się różne wazony kryształowe, kwiaty, jako wyraz wdzięczności dla lekarza czy kogoś z przyjaciół, za wyświadczoną przysługę. Ojciec, ilekroć coś otrzymywał od kogoś, mówił do matki: „Anielciu, trzeba będzie pamiętać, żeby...”. Każda materialna korzyść uzależniała go od darczyńcy, a jego wolna natura tego nie znosiła.

Tu mi się przypomina przygoda, jaka mnie spotkała, jako studenta czy aplikanta. Wracałem w karnawale z balu. Było już nad ranem, postanowiłem jednak zajrzeć jeszcze do Wioślarzy na Foksal, gdzie tego wieczoru, była maskarada. W górnej sali bal miał się ku końcowi, ale na parterze w bufecie udekorowanym jako „karczma”, wrzała huczna zabawa. Ktoś zaprosił mnie do stolika, przy którym siedział w licznym towarzystwie inż. A. ze znajomą dziewczyną. Kilka razy przetańczyłem, kazałem podać kelnerowi dzbanek kruszonu, za który zapłaciłem. Wkrótce pożegnałem się i wyszedłem. W kilka dni później, ojciec wzywa mnie do gabinetu - przyszedł kelner od Wioślarzy i przyniósł dość duży rachunek do uregulowania, okazało się, że towarzystwo od stolika nie zapłaciło całego rachunku, w W.I.W znali mnie, więc tu przysłali inkaso. Opowiedziałem ojcu moją przygodę, a on bez słowa zapłacił rachunek, dając jeszcze kelnerowi suty napiwek, mnie zaś upomniał: „nie siadaj do stołu z ludźmi, których nie znasz”.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku