Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-13 12:18:52
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XIII

Wyrok

W końcu czerwca 1944 roku, wypadły imieniny Władka i Jasia, ojca i syna. Jadzia postanowiła urządzić przyjęcie, na które Jasiek zaprosił swoich gości, przeważnie młodzież z A.K., zaś Władkowie starsze towarzystwo. Trwały przygotowania, bo łącznie miało być przeszło 30 osób a z aprowizacją nie było łatwo.

Tymczasem w domu naszym rozegrały się wypadki nieprzewidziane. Dozorca naszego domu, Stanisław Paradowski, zatrudniony został przed kilkunastu laty przez mego ojca z rekomendacji, jako uczciwy, młody rolnik, po wojsku. Przyjechał prosto ze wsi z młodą żoną. Doczekał się dwóch synów. Młodszy Olek, kandydat do seminarium, mieszkał przy rodzicach, starszy Janek, mechanik lotniczy w 1939 r. ewakuowany do Rumunii, przebywał w Angli. W domu była jeszcze zamężna córka.

Otóż ten Stanisław, służbista, zawsze oddany, wierny i pewny - poszedł na usługi Gestapo wraz z synem Olkiem i zięciem.

Myślę, że złym duchem, który go do tego namówił, wykorzystując jego pociąg do kieliszka, był zięć.

W czasach, kiedy wszystkim było bardzo ciężko, u naszego dozorcy piekły się kurczęta, które stróżka ostentacyjnie oprawiała pod wodociągiem na podwórzu. Sardynek i innych niemieckich frykasów dostarczał zięć, pracownik szpitalny.

Ta trójka łajdacka, ojciec, syn i zięć denuncjowali z naszego domu Żydów - kupców, którzy mieli w mieszkaniu ukryty towar. Na skutek ich donosów wiele osób również z innych domów i z innych ulic poszło do obozów lub straciło życie. Zięć z synem wypuszczali się na podejrzane, nocne wyprawy.

Miarka się przebrała. Sąd Polski podziemnej wydał na nich trzech wyrok śmierci.

Jedna z naszych lokatorek p. Łukaszewicz uprzedziła nas, mówiąc kiedyś ogólnikowo: "W domu naszym zajdą pewne wypadki, co by się nie stało, nie trzeba wychodzić z mieszkania, ani wyglądać oknem, przeczekać". Domyślaliśmy się, że to coś politycznego, bo p. Łukaszewicz pracowała w podziemiu, ale co? Zrozumieliśmy, że więcej powiedzieć nie mogła.

Czerwcowy ranek, godzina 5-ta lub wpół do szóstej - tylko co otwarto bramy domów i dozorcy przystąpili do codziennych porządków. Nasz Stanisław właśnie zamiatał podwórze, kiedy się to stało, kiedy przyszli...

Do bramy weszło kilku młodych ludzi ze stenami w garści i skierowali się do mieszkania dozorcy w bramie. Syn dozorcy Olek spał jeszcze, obudził się jednak, zobaczył broń i nakrył głowę pledem. Żołnierz z oddziału egzekucyjnego oddał do niego serię strzałów, zabijając go na miejscu. Zięć, śpiący w pokoju żony, zorientował się natychmiast, uciekł innym wyjściem i ukrył się w drugim podwórzu, w mieszkaniu lokatora.

Dwóch żołnierzy zastrzeliło w podwórzu dozorcę Stanisława. Huk strzałów poderwał mnie i Genię z łóżek. Nasze sypialnie sąsiadowały ze sobą, Geni była bliżej jadalni i okien od podwórza i ona pierwsza woła: "Stanisław leży zabity". Wyjrzałem i ja, nie było wątpliwości, leżał twarzą do ziemi, struga krwi powiększała się w oczach, obok na asfalcie miotła.

Pierwsza myśl, co teraz robić, jak się zachować, czy Niemcy będą stosować represje, mogą przecież zabrać z domu wszystkich mężczyzn. Takie myśli przemknęły nam przez głowę. Na raz przypomnieliśmy sobie słowa p. Łukaszewicz: "przeczekać".

W całym domu panowała śmiertelna cisza. Oddział egzekucyjny, po wykonaniu zadania, wycofał się. Z lokatorów nikt nie opuszczał mieszkania, mimo, że czas był wychodzić do pracy, a większość lokatorów stanowili urzędnicy fabryki Schichta.

Wreszcie pokazało się kilka kobiet. Stróżka z córką podniosły lament, zawiadomiły władze.

Po paru godzinach dopiero przyjechała żandarmeria. Weszli do mieszkania stróżki i oświadczyli, że może sobie urządzić pogrzeb, jaki chce, oni pokryją wszelkie koszty. Żadnych represji. Widocznie Niemcy nie dbali o spalonych agentów.

Pogrzeb poprzedziła msza w naszym kościele parafialnym. Stały obok siebie dwa katafalki. Mimo, że stróżka powiadomiła o godzinie pogrzebu, nikt z mieszkańców naszego domu, ale to literalnie nikt nie poszedł do kościoła.

Po pogrzebie stróżka w rozmowach w bramie powtarzała wielokrotnie: "nie przyszli na pogrzeb, ale jeszcze będą gorzko płakać, tak, jak ja płakałam". Pogróżkę tę, z uwagi na charakter stróżki, należało traktować poważnie, bowiem z trójki agentów, dwóch co prawda zlikwidowano, ale pozostał jeszcze zięć, no i ona, stróżka.

W tydzień po tych wypadkach, wypadły imieniny Jasia. Goście byli już zaproszeni, niezręcznie było odwoływać przyjęcie. Ze względu na godzinę policyjną, wszyscy zeszli się już o godzinie 4-tej po południu.

Przyszli między innymi Zbyszek Filipowicz /zginął w Powstaniu Warszawskim 1944 jako żołnierz A.K. w bramie Parku Ujazdowskiego, przy zdobywaniu sztabu/, Bogdan Jakubowski /zginął w A.K. na Żoliborzu/, Zdzisław Myśliński /zginął w A.K. na Mokotowie/, Halina Jacobson - sanitariuszka A.K., Andrzej Rudnicki, syn prokuratora Kazimierza i wielu innych kolegów i koleżanek Jasia z Armii Krajowej. Ze starszego towarzystwa między innymi: Piaszczyńscy /córka i zięć w A.K./, inż. inż. Warcholowie /syn, kolega Jasia w niewoli niemieckiej/.

Przyjęcie, jak na czasy okupacyjne wystawne, nastrój pogodny. Tańce przy fortepianie i patefonie. Cała ta młodzież bawiła się beztrosko, jak ludzie, którzy mają świadomość dobrze spełnionego obowiązku i korzystają z wolnego czasu. A czasu wolnego istotnie było już niewiele. Kto, jak kto, ale Jadzia wiedziała o tym najlepiej.

Kiedy zabawa była w pełni, nagle z dołu przychodzi nasza Zosia i szeptem w przedpokoju mówi coś do Jadzi i Geni. Poznaję po minach, że to coś niedobrego.

Okazuje się, że przed naszym domem zatrzymał się ciężarowy samochód, pełen żandarmów, a dwóch z nich weszło do bramy. Decydujemy z Jadzią, żeby nic nikomu nie mówić, nie robić popłochu, w razie czego są imieniny ojca i syna.

Byliśmy bardzo zdenerwowani. Trzeba się było liczyć z tym, że w razie wejścia żandarmów do mieszkania, młodzież mogła różnie reagować, mogło się skończyć masakrą. Nie podchodziłem do okna, aby któryś z uczestników zabawy również nie wyjrzał i nie spostrzegł żandarmów.

Wreszcie, po jakimś kwadransie, który nam się wydał wiekiem, Zosia, ta kochana nasza Zosia, przychodzi uśmiechnięta - samochód z Niemcami już odjechał.

Co się okazało. Dwóch żandarmów przyjechało do stróżki, przywieźli jej pieniądze, reszta czekała na nich w samochodzie.

Kamień spadł mi z serca, podszedłem do stołu, nalałem angielkę wódki i duszkiem wypiłem.

Zabawa udała się wspaniale. Młodzież tańczyła ochoczo, Halinka i jej koleżanki były rozchwytywane, bo chłopców było więcej. Jadzia dawała z siebie wszystko, żeby im ten dzień umilić. Ona jedna z naszej rodziny wiedziała, co wkrótce tych kochanych chłopców i dziewczęta czeka. Przed godziną policyjną, wszyscy stopniowo rozeszli się.

Oddział egzekucyjny, który wykonał wyrok na Stanisławie, musiał się składać co najmniej z ośmiu ludzi.

Jeden z naszych lokatorów, jak nam później opowiadał, wracał tego ranka z nocnej pracy. Na rogu Solnej i Elektoralnej natknął się na wycofujący się oddział. Uwagę jego zwróciło kilku młodych ludzi, za którymi szedł starszy pan. Ten ostatni powtarzał półgłosem: "tylko spokojnie, nie śpieszyć się, tylko spokojnie".

Nasz lokator spostrzegł, że młodym ludziom spod płaszczy sterczały "gnaty", jak nazywano wówczas pistolety automatyczne.

Ktoś inny z mieszkańców domu zaobserwował "obstawę" domu. Z tego wszystkiego można było ustalić, następujący przebieg egzekucji: dwóch akowców weszło do pierwszego podwórza i załatwiło się ze Stanisławem, w tym samym czasie dwóch innych zrobiło porządek z jego synem w mieszkaniu. Pierwsza dwójka weszła następnie do drugiego podwórza, prawdopodobnie w poszukiwaniu zięcia. W tym samym czasie, po przeciwnej stronie ulicy, na wprost bramy stał żołnierz z oddziału egzekucyjnego, podczas gdy dwóch innych ubezpieczało wyloty ulic Solnej i Białej, no i wreszcie ten starszy pan, dowódca oddziału.

W jakiś tydzień po tych wypadkach, może nieco dłużej, przyjechali Niemcy na dochodzenie. Oprowadzał ich po podwórzu zięć dozorcy i wskazywał miejsca, gdzie stali AK-owcy, a gdzie leżał zabity, wymierzali odległość krokami i notowali.

Ja w tym czasie stałem na balkonie od podwórza, zajęty kwiatami, nie zauważyłem Niemców.

Natomiast Genia z Zosią wyglądały z kuchni oknem, położonym pod kątem prostym do balkonu i spostrzegły, że Niemcy patrzą na mnie, pytają o coś zięcia i nagle słyszę przejmujący krzyk Geni: "Stefan uciekaj, mierzy do ciebie", w głosie jej było tyle przerażenia, że rzuciłem się do tyłu, przewracając na progu balkonu. Okazało się, że Genia i Zosia już wcześniej zauważyły Niemców w podwórzu i ich obserwowały. Po rozpytaniu zięcia Niemiec podniósł powoli karabin i wycelował we mnie, w tym momencie Genia krzyknęła.

Na razie uniknąłem niebezpieczeństwa, ale co teraz nastąpi. Groźba stróżki; że jeszcze będą gorzko płakać, ciągle stała nam w pamięci.

Tymczasem zięć dozorcy coś żywo z gestykulacją Niemcom tłumaczył, wskazując na nasz balkon. Wreszcie Niemcy wrócili do mieszkania dozorcy i po jakimś czasie odjechali. Genia rozpłakała się.

Może by co i było, dozorczyni była mściwa, ale zięć miał żywo w pamięci niedawną egzekucję teścia, bał się o siebie i może to mnie uratowało od odwetowej akcji Niemców.

Tymczasem wypadki wojenne następowały szybko po sobie. Ofensywa sowiecka czyniła ogromne postępy. Warszawa była zagrożona. Niemcy zarządzali ewakuację urzędów niemieckich i szpitali wojskowych.

Był koniec lipca 1944 roku, kiedy wyprowadzał się - uciekał do Vaterlandu [1], szpital wojskowy w gmachu Sądów Grodzkich.

Staliśmy na balkonie od ulicy i obserwowali tam upragniony widok. Co chwila wyjeżdżał z ulicy Białej autokar pełen rannych żołnierzy, pod opieką sanitariuszek. Ludzie gromadzili się na skrzyżowaniu Białej i Elektoralnej. Tak - to już miało swą przekonywującą wymowę. Wyraźnie zbliżał się koniec wszechmocy niemieckiej, agonia dzikiego zwierza - ale zwierzę nawet w agonii, bywa niebezpieczne.

Nasza Zosia dawała wyraz swej radości, śmiejąc się i pokazując co ciekawsze sceny uliczne. Mitygowałem ją, mówiąc żartobliwie, żeby się tak ostentacyjnie nie cieszyła, bo jakiś Niemiec gotów teraz do niej zmierzyć.

Wszystko jednak było niczym w porównaniu z tym, na co patrzyliśmy. Sytuacja na frontach z godziny na godzinę stawała się bardziej krytyczna. Niemców ogarniała panika, uciekali.

W ostatnich dniach lipca 1944 roku, w związku z zarządzonym ostrym pogotowiem Armii Krajowej, Jaś już był "spakowany".

Nie nocował w domu, Jadzia trzymała się dzielnie. Wyszedł na koncentrację 31 lipca.

Przy ich pożegnaniu nie byłem. 1-go sierpnia wybiła godzina "W".



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku