Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-13 14:40:39
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XIII

Powstanie

Żyjemy życiem ulicy, z Nimi są nasze serca. Jesteśmy pochłonięci toczącą się walką, która wkrótce ogarnie całe miasto. Marysia pod murami przemknęła na Solną do rodziców, odprowadziłem ją do rogu, dalej, już tylko parę domów było bezpiecznie.

Na drugi dzień walki nasilają się, o jakimś gotowaniu obiadu, odtąd już nie ma mowy. Naloty następują jeden po drugim. Stukasy nurkują na upatrzone cele. Schodzimy do piwnic i już tam nocujemy.

Mamy poprzebijane przejścia z pierwszego podwórza do drugiego, łączność podziemną przez wszystkie oficyny i do sąsiednich domów. Przejścia te początkowo bardzo wąskie, na gwałt poszerzamy. Mieliśmy zebranie wszystkich młodych mężczyzn, lokatorów w biurze inż. Fercha. Rozdzieliliśmy funkcje i dyżury. Jestem bez przerwy czynny, kieruję obroną przeciwlotniczą, biegam po klatkach schodowych w górę i na dół, sprawdzam posterunki na strychach i sprzęt przeciwpożarowy.

Wypatrujemy "gołębiarzy". Jest jeden zwłaszcza nieuchwytny, wydaje się, że strzela z dachu domu Truskolasich. Urządzamy na niego zasadzkę w pustej facjacie, na 5-tym piętrze z oknem na dachy Truskolaskich. Zwietrzył pismo nosem, przestał strzelać, ale nas nurtowało, żeśmy go nie zlikwidowali.

Nastrój wśród mieszkańców naszego domu doskonały. Jesteśmy zgodni co do konieczności walki i naszego w niej udziału. Wszyscy mężczyźni zgłosili się do dyspozycji dowódcy oddziału A.K. w biurze inż. Fecha.

Pragniemy zamanifestować wyzwolenie naszej ulicy. Geniusia ma w szafie pięknie wyprasowane dwie wielkie flagi narodowe, po 10m każda. Zawsze mówiła, że je wywiesimy, jak wojsko polskie wróci do Warszawy. Biorę te flagi i z balkonów naszego mieszkania wywieszam na ulicę. Spływają majestatycznie przez trzy piętra. W oknach przeciwległych domów pojawiają się wzruszone i uśmiechnięte twarze. Ludzie biją brawo. Za naszym przykładem, sąsiedzi poczynają wywieszać flagi. Ale flagi te obserwują również Niemcy z domu żandarmerii na Żelaznej.

Tego dnia po obiedzie, przyszła nas odwiedzić Halinka Jacobson, w stroju sanitariuszki A.K. Wyglądała ślicznie, pełna entuzjazmu i jak najlepszych wiadomości "z frontu". Po godzinie musiała wracać na służbę.

Rano ruszyły czołgi niemieckie, "tygrysy". Szły dwa, jeden za drugim od Nordwachy z rogu Żelaznej. Poczęły bić po balkonach z flagami. W moim gabinecie pocisk rozwalił mur międzyokienny. Dom drżał w posadach po każdym wystrzale czołgu. Zaskoczeni, schroniliśmy się do piwnicy w prawej oficynie.

Wreszcie odjechały, gęsto ostrzeliwane przez naszych. W nocy można było pójść do mieszkania. Frontowe pokoje były zasypane szkłem, odłamkami muru i gruzem.

Przeniosłem wówczas do piwnicy część obrazów, sreber i najlepszą muzealną porcelanę.

Na drugi dzień, mieszkańcy naszego i sąsiednich domów przystąpili do akcji. Na rogu Białej i Elektoralnej, jakieś 50 kroków od naszego domu, budujemy barykadę z płyt chodnikowych i z żelastwa, naznoszonego przez mieszkańców, a następnie drugą przy rogu Solnej. Zerwaliśmy kawał asfaltu i na środku naszego podwórza zakopujemy do połowy butelki z benzyna na czołgi. Przygotowaliśmy ich 60 sztuk, chodziło nam przy tym o to, żeby w razie nalotów nie wybuchły w piwnicy i nie spowodowały pożaru.

W domu naszym, w biurze inż. Fercha, ulokowało się dowództwo oddziału A.K., zdaje się z batalionu "Chrobry I".

Codziennie spotykają się tam oficerowie sąsiednich odcinków na odprawy.

Każdy następny dzień powstania przynosi nowe wydarzenia. Nasze oddziały zdobyły Nordwachę, skąd żandarmeria niemiecka miała pole obserwacji i mogła ostrzeliwać Chłodną, Żelazną, a nawet Elektoralną.

Wokół trwają walki, naloty, pożary. Bardzo wysoko w górze krążą ciężkie bombowce sowieckie, można je odróżnić po huku motorów. Ludzie nazywają je "Iwany".

Od czasu do czasu, czy to od żołnierzy A.K. z patrolu, czy od kogoś przybyłego z miasta, docierają do nas wiadomości o przebiegu walk. Myśl, że w tych walkach bierze udział nasz Jasio i wiele bliskiej naszemu sercu młodzieży, była ciężką do zniesienia, cóż dopiero musiała odczuwać nasza biedna, kochana Jadzia. Jednak powszechne, radosne podniecenie, uparta wola walki towarzyszyła nam wszystkim. Jadzia i Genia całą swoją czułą tkliwość przelewały na Jacka.

Między jednym nalotem a drugim wypuszczało się go na podwórze, aby pobiegał trochę na słońcu. Jacek bawił się z Wiesią Frech, swoją rówieśniczką, trudno ich było zagnać z powrotem do schronu, jeszcze nie rozumieli niebezpieczeństwa. Genia stała na schodkach do piwnicy i wypatrywała samolotu jak kura jastrzębia. Latały tak nisko, że czasami, zupełnie niespodziewanie wychylały się zza sąsiednich domów.

Jednego wieczoru poszliśmy do naszych mieszkań, aby się umyć. Siedzieliśmy w Władkami w jadalni przy stole. Nagle huk ogłuszający i podmuch wybuchu tak potężny, że dom zdawało się uniosło w powietrze, posypały się szyby z okien i z kredensu. Zgasło światło. W pierwszej chwili pomyślałem, że to pocisk artyleryjski uderzył w nasz dom. W obawie, że nastąpią dalsze wybuchy, krzyknąłem: "wszyscy na podłogę, czołgać się do przedpokoju", ale wybuchy dalsze nie nastąpiły. W ciemnościach zeszliśmy z powrotem do piwnicy. Nikt nie wiedział, co się właściwie stało. Schody i podwórze domu, zasypane szkłem. Jak się wreszcie wyjaśniło, Niemcy stacjonujący w szkolnym budynku, na rogu Chłodnej i Waliców pod nr 11, widząc się odcięci i zagrożeni, wysadzili magazyn amunicji i razem z nim wylecieli w powietrze. Runęła narożna, trzypiętrowa empirowa kamienica, dzieło Corazziego.

Naloty występowały teraz coraz częściej, w dzień i w nocy. Odtąd już mowy nie było o pozostawaniu w mieszkaniu. Znieśliśmy do piwnicy materace i spaliśmy w ubraniu, to samo inni lokatorzy. Korytarze piwnic zapełniły się odtąd nowoczesnymi jaskiniowcami.

6-go sierpnia Elektoralna przeżyła swój ciężki dzień. Szły falami naloty, jeden po drugim, Niemcy rzucali bomby burzące i zapalające. Na Elektoralnej wybuchło szereg pożarów. Paliła się fabryka Frageta, naprzeciwko na rogu Mirowskiej, paliła się trzypiętrowa kamienica. Frageta. Fabryę gasiła straż fabryczna, zaś kamienica płonęła właściwie bez ratunku, z górnych pięter wyrzucano na ulicę meble, aby odebrać ogniowi strawę - nic to nie pomogło. Paliły się domy na Chłodnej i Solnej.

Na strychach naszego domu, dyżurni zlikwidowali 5 bomb zapalających. Byłem cały czas w akcji. Podwórze napełniło się dymem i sadzami. Groza zawisła w powietrzu.

Po południu zdenerwowanie udzieliło się wszystkim. Sytuacja naszego odcinka wydawała się niepewna. Szpital A.K. z Sądów Grodzkich z Ogrodowej został ewakuowany do Resursy Kupieckiej na Senatorską. Wyszliśmy przed bramę, trudno było zasięgnąć języka, przechodzący cywile i żołnierze udzielali sprzecznych informacji.

Wieczorem 6-go sierpnia, poczęły przez nasze piwnice przechodzić najpierw pojedyncze osoby, a po tym całe rodziny, kierując się piwnicznymi przejściami na Starówkę. Odrzucaliśmy myśl, że może być aż tak źle. Robiłem ostre uwagi przechodzącym, że wywołują niepotrzebny niepokój. Odpowiadali: "Niemcy idą, są już na Ogrodowej".

Wkrótce przekonałem się, ze jest istotnie źle.

Dowództwo oddziału, stacjonujące w biurze inż. Fercha, wyniosło się po cichutku, nikomu nic nie mówiąc.

Wreszcie o świcie 7-go sierpnia, dowódca patrolu, przechodzącego gęsiego obok naszej bramy, zapytany przeze mnie o sytuację, powiedział, że się wycofują na Stare Miasto i że za godzinę, będą tutaj Niemcy, w tej chwili są na Ogrodowej.

Wróciłem do piwnicy i szeptem powtórzyłem to Jadzi i Geni. Postanowiliśmy zostać w naszym domu, nigdzie dalej nie wędrować. Nie wiedzieliśmy wówczas nic o bestialstwach Niemców, dokonywanych nad ludnością Woli, ani o rozkazie zabijania wszystkich mieszkańców w zdobytych domach, jak to miało miejsce z rodziną Franaszków i innymi. Dzięki tej niewiedzy, uniknęliśmy przeżyć skazańców.

Tymczasem kilku mężczyzn, którzy wysunęli się, aż za róg opustoszałej Białej i Ogrodowej, wpadli pośpiesznie z powrotem do bramy mówiąc, że widzieli Niemców tuż za rogiem na Białej.

Wszedłem wówczas do piwnic frontowych i poleciłem wszystkim przebywającym tam, przejście przez suterynę do piwnic drugiego podwórza. Były to największe i najbezpieczniejsze piwnice, a przy tym wszyscy bylibyśmy razem.

Byłem spokojny i opanowany. Jadzia, Genia i Władek również. Kiedy już wszyscy opuścili piwnice frontowe, ja wychodząc ostatni sprawdziłem, czy nikt nie pozostał i pogasiłem światło elektryczne.

Wyjrzałem jeszcze na podwórze, w bramie nikogo, w drzwiach piwnicznych wschodniej oficyny zobaczyłem ostatnie dwie osoby, uchodzące przez piwnicę na Starówkę.

Poszedłem do piwnic lewej oficyny drugiego podwórza i razem z wszystkimi lokatorami, z którymi zżyliśmy się jak rodzina, czekałem w ogólnej ciszy i skupieniu na wypełnienie się naszego losu.

Strzelanina ustała. Nasze oddziały wycofały się, aż do Placu Bankowego. Odwrót stał się koniecznością wobec wyczerpania się amunicji i przeważających sił wroga. Od strony Chłodnej nacierał II batalion Brygady Dirlewangera oraz oddziały gen. Reinefartha, postępowały one za ciężkimi czołgami, pędzącymi przed sobą ludność cywilną Woli jako ochronę.

Już 6.VIII ze skrzyżowania Chłodnej i Żelaznej wycofał się oddział por. Ostoi, odchodząc małymi grupkami na Stare Miasto. Również z Ogrodowej na Leszno wycofał się oddział Armii Ludowej.

7.VIII, nad ranem, skrzyżowanie Chłodnej z Żelazną obsadziła kompania zgrupowania kpt. Sosny. Po krótkiej wymianie strzałów kpt. Sosna wycofał się Elektoralną do Solnej.

Po jakimś kwadransie, około godziny 9-tej z rana w drzwiach korytarza piwnicznego, ukazał się niemiecki żołnierz, który zawołał po polsku" "wychoćta, nie bójta się, wy mata szczęście, nikt nie będzie rozstrzelany". Był to Ślązak z oddziałów Reinefartha.

Jak się później od niego dowiedzieliśmy, tego dnia odwołany został przez Niemców rozkaz likwidowania wszystkich mieszkańców zajętych domów, odtąd mieli kierować mężczyzn na Zachód, na punkty zborne, zaś kobiety i dzieci na południe kraju w okolice Końskich i Częstochowy. Niemcy sądzili chyba, że masakra Woli może wywołać zbyt duży rezonans w świecie, a po wtóre, że w ten sposób marnuje się nieproduktywnie siłę roboczą, jaką stanowią młodzi, zdrowi mężczyźni.

Kiedy wreszcie wyszliśmy wszyscy z piwnic i ustawiliśmy się półkolem w drugim podwórzu, zobaczyliśmy zwycięzców gospodarujących w naszych mieszkaniach.

Niektórzy Niemcy byli pijani, ci właśnie z dzikim wyrazem twarzy i pistoletami maszynowymi w garści, zachowywali się krzykliwie i przerażali nas swym nieobliczalnym zachowaniem. Inni Niemcy już plądrowali mieszkania i zajadali znalezioną żywność.

Ten niósł talerz jajek, tamten przewiesił sobie na szyi kiełbasę, jeszcze inny znalazł butelkę wina i na naszych oczach obtrącił szyjkę butelki o trzepak na podwórzu i pił z kompanami.

Żołnierze byli już pouczeni, że nie wolno zabijać. Nasz Ślązak kręcił się po podwórzu. Czekali rozkazów i nadejścia oficera. Wtem jeden z żołnierzy wskazał palcem na okno pierwszego piętra poprzecznej oficyny, gdzie w szybie ukazała się twarz człowieka, był to, jak się okazało sublokator, który nie zszedł do piwnicy, może zaspał, a może bał się zejść na podwórze. Kilku żołnierzy pobiegło natychmiast na górę, po chwili rozległy się strzały. Wreszcie, przybył jakiś oficer, potem drugi i trzeci.

Kazali mężczyznom wychodzić na ulicę. Starcy mogli pozostać z kobietami i dziećmi. Władek, który nie golił się od tygodnia i miał siwy zarost pozostał. Ja, inż. Ferch i inni musieliśmy wyjść.

Na rozkaz Niemca zdjąłem z siebie letni płaszcz i oddałem Geni. Spojrzałem im wszystkim w oczy: Geni, Jadzi, Władkowi, Jackowi, Zosi. Pożegnałem ich ruchem ręki. Trzeba się było rozstać. Widziałem, jak one wszystkie z przerażeniem, które zatrzymało łzy - patrzyły na mnie. Wyszedłem wraz z innymi mężczyznami za bramę.

Opowiadała mi później Genia, że po naszym wyjściu rozległ się jeden ogólny płacz. Najgłośniej płakał Jacek i ciągle powtarzał: "gdzie jest mój wujek kochany".

Oddziały niemieckie przeszły już do następnych domów, nam kazali Niemcy rozbierać barykadę na rogu Białej.

Dozorujący Niemcy pomagali nam, przynaglali do pośpiechu. Ścieraliśmy sobie i kaleczyli ręce o płyty betonowe i o wszelkiego rodzaju żelastwo i druty kolczaste.

Wtem rozległo się kilka strzałów, potem serie, wyraźnie w naszym kierunku. To nasi chłopcy, z barykady z rogu Solnej, dawali o sobie znać. Widzieli nas doskonale, mierzyli wysoko, kule odbijały się o gzymsy pierwszego piętra.

Tę salwę jednak usłyszały również Jadzia i Genia i serca w nich zamarły. Myślały podobnie, jak inni pozostali na podwórku, że nas Niemcy rozstrzelali.

Barykada była rozebrana, czołgi mogły przejść. Wówczas nasi z rogu Solnej, ze zgrupowania kpt. Sosny wycofali się do Leszna. Droga do Placu Bankowego była by otwarta, gdyby nie ta druga barykada na rogu Solnej.

Niemcy kazali kilkunastu z nas wejść do podwórza domu nr 28, gdzie wydali nam łopaty. Resztę mężczyzn ustawili piątkami i popędzili w stronę Woli.

Trzymaliśmy się razem z inż. Ferchem. Doszliśmy do wniosku, że skoro mamy łopaty, to nas zaraz nie rozstrzelają, jesteśmy im widać potrzebni. Rzeczywiście, kazali naszej grupie rozbierać następną barykadę przy rogu Solnej i Elektoralnej. Tu sprawa była jeszcze trudniejsza, łopaty na nic się nie zdały, bo na barykadzie leżał przysypany gruzem i żelastwem samochód, pompa Zarządu Miejskiego służący do oczyszczania kanałów, maszyna bardzo ciężka. Trzeba było najpierw usunąć wszystko, co leżało na tym samochodzie, całą górę poplątanego żelastwa.

Barykada ta była dla Niemców bardzo ważna, blokowała bowiem przelot do Placu Bankowego i dalej do Wisły i mostu Kierbedzia.

Przynaglali nas do pośpiechu, wreszcie przydzielili do pomocy dalszą grupę, kilkunastu mężczyzn.

Tymczasem chodnikiem od Placu Bankowego, Niemcy pędzili już ludność z dalszych domów Elektoralnej, głównie kobiety, starszych mężczyzn i dzieci w kierunku Woli. Mężczyzn zdrowych ustawiali piątkami i również kierowali na Wolę.

W pewnej chwili ujrzałem, jak przez gruzy ulicy szedł ku Woli środkiem ulicy jakiś ksiądz, doszedł do barykady na Solnej, rozebranej w połowie i chciał iść dalej. Poznałem go, był to ks. kanclerz Kurii Wojskowej, prałat Jachimowski.

Kilku żołnierzy niemieckich zatrzymało go. On się tłumaczył, wskazywał, że idzie na zachód, trzymał w ręku jakiś papier. Niemiec wziął, czytał, poczym uderzył go w twarz, ks. Jachimowski zachwiał się i inni żołnierze poczęli go bić i kopać i wepchnęli do bramy domu nr 26 przy ul. Elektoralnej. Co się z nim dalej stało, nie wiem.

Naraz zauważyliśmy z Frechem, że z bramy naszego domu wychodzą kobiety i dzieci, kierując się w stronę kościoła Karola Boromeusza.

Udając, że kopiemy, patrzyliśmy z Ferchem z bezsilnym, bolesnym żalem na te nasze, zbiedzone i samotne kobiety jak wychodziły z bramy trzymając dzieci za rękę. W pewnej chwili wydało mi się, że widzę Jadzię i Genię z Jacusiem, było jednak zbyt daleko na moje oczy. Tak samo Ferch wyszukiwał wzrokiem swojej żony i córeczki Wiesi.

Po ich odejściu, nic już nas z Elektoralną nie łączyło. Zrozumieliśmy, że czas myśleć o wycofaniu się i wymknięciu dozorującym nas Niemcom, gdyż inaczej będą nas bez końca zatrudniać przy rozbiórce następnych barykad a po tym "rozwalą".

Przewidywania nasze okazały się jak najbardziej trafne. Tegoż dnia wieczorem Niemcy rozstrzelali w Halach Mirowskich setki mężczyzn zmuszonych do usuwania barykad i gruzu z drogi. /Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, str. 265-270/.

Kolumna kobiet z okolicy Placu Bankowego nadal nas mijała. Te właśnie kobiety nasunęły nam pomysł ucieczki.

Przy mijaniu bokiem barykady wytwarzał się pewien zamęt. W pewnej chwili zobaczyłem starszą panią, niosącą z wysiłkiem ciężką walizkę, obok niej szła inna staruszka. Położyłem łopatę na ziemi i nagłym zwrotem zrównałem się z tą panią i wziąłem walizkę mówiąc: "ja pomogę". Była zbyt zmęczona i zrezygnowana, żeby reagować, ująłem ją więc pod rękę i niosąc walizę oddalałem się od barykady. To samo mniej więcej zrobił Ferch - wmieszał sie w kolumnę kobiet i starców.

Po przejściu około 100 metrów, mijaliśmy nasz dom. Przez otwartą na oścież bramę ujrzałem języki ognia wydobywającego się z okien parterowego mieszkania Plichty, na wprost bramy. To już przystąpiło do dzieła "verbrennungskommando". Wkrótce cała nasza ulica zapłonąć miała jednym stosem.

Doszliśmy tak do kościoła Karola Boromeusza na Chłodnej. Jakiś rozkrzyczany Niemiec wyrwał mnie z szeregów kobiet i wraz z innymi kazał usuwać rękami rozkopaną drewnianą kostkę bruku.

Patrzę, Ferch jest przy nie, przyrzekamy sobie nie rozdzielać się, ile możności i udając, że pracujemy, posuwaliśmy się metr po metrze dalej ku kościółkowi.

Przed kościołem, na podeście granitowych schodów, niemieccy oficerowie siedzieli na wyniesionych z kościoła ławkach i wesoło obserwowali ulicę.

Kiedy dochodziliśmy do Żelaznej, jakiś szwab z karabinem w ręku, z dzikim rykiem, kazał nam dołączyć do końca kolumny, której w ogólnym podnieceniu i zamieszaniu nawet nie spostrzegliśmy. Składała się z mężczyzn, wybranych z domów od Żelaznej do Senatorskiej. Parę tysięcy ustawionych w szeregach piątkami, z rękoma wzniesionymi w górę. Stanęliśmy i my z Ferchem w szeregu i odtąd już ani na chwilę, aż do wieczora rąk nie opuszczaliśmy.

Wszystko to odbywało się wśród piekielnej scenerii. Podczas gdy Elektoralną dopiero podpalali, tutaj od rogu Waliców, w głąb Chłodnej i Wolskiej, płonęły domy. Żar był tak wielki, dym i czad tak gęste, że zatykało oddech. Szła ostra strzelanina przez Żelazną, której południowy odcinek pozostawał w rękach powstańców, gwizdały kule. Z przerażeniem myślałem, że tędy niespełna pół godziny temu przechodzili moi bliscy, gdzie teraz są ? Ulice pełne wojska, pojazdów, komend.

Wreszcie kolumna ruszyła Chłodną do Wolskiej. Oto ujrzeliśmy na własne oczy bestialstwa Niemców wobec ludności Warszawy, dokonywane w tych pierwszych dniach powstania.

Po obu stronach ulicy jeszcze płonęły lub dogasały domy. Jezdnia i trotuary zawalone gruzem zbombardowanych domów, słupami latarni, drutami przewodów elektrycznych i tramwajowych. Pełno trupów. Tu leży kilku mężczyzn, tam kobieta, naga do pasa, już zastygła, niektóre trupy rozjechane przez samochody, odrzucone na bok, jak łachmany. Ślady rabunku, jakieś porozbijane walizki, stosy banknotów fruwające na wietrze, na które nikt nie zwracał uwagi. Co chwila słychać rozdzierające wrzaski i strzały. To oddziały policji Dirlewangera mordowały ludzi, strzelając do nich na naszych oczach. Miejscami, stąpaliśmy po kałużach świeżej krwi.

Ale marsz w kolumnie chronił nas, wszyscy pozostali mieszkańcy tej dzielnicy, wcześniej czy później, tracili życie.

Trzymaliśmy ciągle ręce w górze. I właśnie wtedy, parę szeregów przed nami, zobaczyłem siwą głowę, wysokiego, szczupłego mężczyzny - trzymał w jednej z podniesionych rąk - bochenek chleba. Jak się później okazało, był to pan Dobraczyński, naczelnik Wydziału Opieki Społecznej Magistratu Warszawskiego, ojciec Jana Dobraczyńskiego [1]. W szeregu za nami, szedł p. Ludwik Piekarski, właściciel domu Elektoralna 11, ekonomista oraz jacyś panowie z banku. Jeden głos, pamiętam, był bardzo pesymistyczny, ciągle wróżył, ze nas Niemcy rozwalą, albo w najlepszym razie wyślą na front francuski do budowy umocnień i tam na ostatku też "rozwalą". To krakanie nie robiło już na nas wrażenia.

Wtem, po obu stronach naszej kolumny, ujrzeliśmy nowe oddziały młodych żołnierzy. Na opaskach, na rękawach dostrzegłem napis "Herman Gőring", były to oddziały świeżo przybyłej do Warszawy osławionej dywizji pancernej SS im. Hermana Göringa.

Większość z nich miała długie kije w rękach, wszyscy zaś patrzyli na nas wrogo, nienawistnie i co chwila wymyślali nam od "polnische Banditen" [2]. Co raz któryś z nich doskakiwał do naszych szeregów i uderzał idących kijem po głowie. Szedłem drugi w szeregu, obok Fercha i czekałem, kiedy na mnie spadnie ten kij - los mi tego doświadczenia oszczędził.

Ale za to młodzi bohaterzy z dywizji Hermana Göringa okazali sie zwykłymi złodziejami.

Kolumna przystawała co chwila, bo arteria Wolska, przepełniona była posiłkami, nadesłanymi dla stłumienia Powstania. Korzystając z tych postojów żołnierze przeprowadzali w naszej kolumnie "rewizje osobiste" i kradli, co się dało. Mnie taki bohater ukradł srebrną, pamiątkową z wojska papierośnicę, zdjął z ręki zegarek Mosera i nawet wiecznym piórem nie pogardził. Źle szukał łobuz, bo w pasku od spodni, od strony wewnętrznej miałem wpięte dwie szpilki od krawatu ojca, z rubinem - kaboszonem [3] i dziadka Wojciecha z rubinem i dwoma brylancikami, które Genia dała mi jeszcze w piwnicy, bo jej się nie mieściły w pudełeczku, w neseserze.

Było już ciemno, kiedy minęliśmy kościół św. Wojciecha na Woli i skręcili na prawo w uliczkę Sokołowską za kościołem. Stał przy niej nowy, piętrowy budynek jakiejś szkoły, czy coś podobnego. Budynek ten był zupełnie ciemny i pusty, prócz nielicznej załogi starych żołnierzy "Volkssturmu". Część naszej kolumny została skierowana do tego właśnie budynku. Wtłoczono nas przeszło 40-tu do małego, dwuokiennego pokoju. Ludzie pomęczeni, pokładli się pokotem na podłodze, tak ciasno, że trudno było przejść za swoją potrzebą. Ktoś przyniósł w blaszance od ogórków wody.

Ciemności rozświetlała tylko łuna pożaru. bijąca od sąsiednich domów. Z kościoła dochodziły jakieś śpiewy oraz rozpaczliwe krzyki mordowanych czy gwałconych kobiet. Strzelanina na dworze nie ustawała, kule trafiały we framugi okien nad oberluftem, byliśmy na szczęście na piętrze.

Tutaj na podłodze, po ciemku, rozmawiałem z p. Dobraczyńskim. Mój ojciec znał się z nim doskonale, kiedy mu się przedstawiłem, począł mi z widocznym zadowoleniem opowiadać, jak to Niemcy się oszukali. Przyszli powiada, zabrać moich synów, a tymczasem zabrali mnie, starego Dobraczyńskiego, a synowie są wolni.

Wkrótce poznałem jego serce. Nic nie jadłem od samego rana, zresztą wszyscy byliśmy głodni. Trzymaliśmy się razem, sąsiedzi z Elektoralnej, tj. ja, Ferch, Piekarski i ze trzech innych, których nazwisk nie pamiętam. Po pewnej chwili, Dobraczyński wyjął scyzoryk i krając chleb na kromki, rozdał nam pół bochenka.

Pamiętam, że ten chleb, podany ojcowską ręką starca, był mi podwójnie posilny, bo doświadczyłem serca i wstąpiła we mnie otucha. 8-go VIII o świcie, poczęliśmy w naszym kółku szeptem rozmawiać. Wczorajszy pesymista z szeregów już nie mówił, że nas "rozwalą", natomiast wnioskował, że skoro do tej pory żyjemy, to widocznie wywiozą nas. Ten horoskop był już lepszy, dawał bowiem pewne szanse na przeżycie.

Za dnia wszedł do naszego pokoju żołnierz z "Volksturmu", był to stary, chudy, kościsty szwab, w furażerce, brudnym mundurze, nie golony, brzydki jak goryl, robił wrażenie robotnika rolnego.

Widzę go, jak dzisiaj. Obejrzał nas przy dziennym świetle i zamierzał już odejść, kiedy jeden z naszych zagadał do niego po niemiecku, czy nie można tu gdzieś dostać papierosów. Szwab spojrzał na niego baranim wzrokiem, ale kiedy zaczął mu tłumaczyć co to za ludzie tu siedzą, adwokaci, doktorzy, radcowie, to staremu gały robiły się coraz większe. Stał tak w drzwiach pokoju tępy i milczący. Nagle powziął decyzję. Wyjął blaszaną papierośnicę, wygrzebał z niej wszystkie papierosy, rzucił nam garścią na podłogę i wyszedł.

Rano zajechały przed dom samochody i kazano nam wychodzić na dwór. Przyjechało Gestapo. Przed domem stali oficerowie SS. Kazali się ustawić w dwuszereg.

Niemiec zapytał przez tłumacza: kto jest chory - wystąp. Domyśliliśmy się zaraz o co chodzi. Znalazło sie jednak kilku, którzy wystąpili. Niemcy kazali im odejść na bok. Stary Dobraczyński nie wystąpił. My zaś konwojowani przez żołnierzy "Volksturmu", pomaszerowaliśmy na Dworzec Zachodni.

Kiedy wyszliśmy za bramę i przechodzili obok muru narożnego zrozumieliśmy przyczynę nocnych strzałów i krzyków. Tutaj pod tym murem, o kilkadziesiąt metrów od nas, rozstrzeliwali ludzi.

Trupy były już uprzątnięte, czerniały tylko wielkie kałuże krwi, w której leżały czapki i kapelusze pomordowanych.

Gestapo odjechało. Szliśmy już tylko pod konwojem wojska. Każdy z nas starał się wypatrzyć w rowie przydrożnym jakąś puszkę lub butelkę, aby przy okazji napełnić je wodą. Usta mięliśmy spieczone. Od chwili wejścia Niemców na Elektoralną nic nie piłem.



przejdź do początku

Przypisy i rozwinięcia encyklopedyczne

  • [3] - Szlif kaboszonowy - szafir gwieździsty o szlifie kaboszonowym.
    Szlif kaboszonowy, szlif gładki - (fr. cabochon - główka od szpilki) - najwcześniejsza forma szlifowania kamienia. Szlif ten nie posiada fasetek, czyli ścianek, ani ostrych krawędzi. Jest obły, o zaokrąglonych ściankach.
    Wyróżnia się następujące rodzaje kaboszonów:
    • pojedynczy - dolna część kamienia, która stanowi jego spód, jest płaska
    • podwójny czyli wypukły - obie części, tj. powierzchnia górna i dolna kamienia, są wypukłe. Wypukłość części górnej jest najczęściej większa.
    • soczewkowaty (soczewicowaty) - obie części kamienia (górna i dolna) mają jednakową wypukłość
    • wysoki - górna część kamienia jest bardzo wypukła
    • prosty
    • płaski
    • wypukło-wklęsły - dolna część kamienia, która stanowi jego spód, jest wydrążona (wklęsła)
    Zarysy w ten sposób wyciętych kamieni mogą być:
    • koliste
    • eliptyczne
    • owalne

    Szlify kaboszonowe są stosowane przede wszystkim w kamieniach wykazujących migotliwość (efekt kociego oka) np. migotliwe odmiany kwarcu, grę barw np. labrador, opalescencję np. opal, asteryzm np. rubin, szafir.
    W ten sposób szlifuje się też kamienie o charakterystycznych plamkach, np. niektóre granaty, turkusy, turmaliny oraz kamienie bardzo ciemne - nadaje im się szlif kaboszonowy wklęsło-wypukły, zmniejszając grubość kamienia. W ten sposób kamień uzyskuje jaśniejszą barwę.
    Zastosowanie kaboszonów jest wszechstronne: do pierścionków, broszek, naszyjników, przywieszek
    Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Szlif_kaboszonowy

przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku