Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-14 12:27:14
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XIII

Pruszków

Na Dworcu Zachodnim podstawiono pociąg elektryczny i odjechaliśmy do obozu do Pruszkowa.

Wyglądałem przez okno wagonu. Parę kilometrów za Warszawą - inny świat, cisza, zielono, ani śladu walk. Na mijanych przez nas przystankach EKD widziałem mieszkańców i letników siedzących wygodnie na ławkach, na peronach i obserwujących transporty wywożonych powstańców. Nie dostrzegłem ani jednego gestu solidarności czy współczucia.

Dojeżdżaliśmy do stacji Pruszków. Stałem wraz z naszą grupą z Elektoralnej przy drzwiach automatycznych. Pociąg wjechał na dworzec pasażerski w Pruszkowie. Peron gęsto obstawiony żandarmami z pistoletami maszynowymi. Nasz wagon zatrzymał się na wprost schodów do tunelu, prowadzącego do miasta.

Teraz zaszło coś, co gotów jestem przypisać duchom opiekuńczym mych rodziców lub modlitwom sióstr. Po otwarciu drzwi, rozległ się z naszego wagonu okrzyk "aussteigen", powtarzany kilkakrotnie świetnym akcentem niemieckim. Cała nasza grupa, stojąca przy drzwiach wysypała się na peron i biegiem znikła w tunelu. Zanim żandarmi zdezorientowani okrzykiem "aussteigen" oprzytomnieli, byliśmy już w mieście. Trzeba tu dodać, że nasz transport był, jeżeli nie pierwszym, to jednym z pierwszych.

Resztę naszych towarzyszy niedoli, którzy również wysiedli na peron, żandarmi pozaganiali do wagonów i wywieźli ich za druty obozu w Pruszkowie.

Biegliśmy dość szybko. Na pierwszym skrzyżowaniu ulic rozdzieliliśmy się. Część z Piekarskim poszła do Milanówka, do znajomych, inni w boczną ulicę w lewo a ja z Frechem w prawo. Po dobrej chwili przyśpieszonego marszu, spostrzegliśmy, że swoim wyglądem zwracamy uwagę przechodniów.

Od tygodnia nie golony, byłem w spodniach i marynarce szarej, powycieranej, w brudnej, popielatej koszuli, wygniecionej po piwnicach i cały przesiąknięty spalenizną. To samo Ferch. Ostrożność nakazywała doprowadzić do porządku nasz wygląd, ale fryzjer był jeszcze zamknięty.

Kiedy tak staliśmy przed razurą [1], podeszła do nas jakaś pani, przyjrzała się nam i zapytała: "panowie z Warszawy, panowie chcą się ogolić?", a po chwili "fryzjer prawdopodobnie nie otworzy dzisiaj razury". Na nasze pytanie, czy jest tu gdzieś w pobliżu inny fryzjer, pani ta po chwili namysłu zdecydowała: "może panowie pójdą ze mną, to się ogolą maszynką męża u nas w łazience".

Jak się okazało, ta zacna Polka była żoną dyrektora miejscowego oddziału "Rolnika".

Kiedy umyliśmy się i ogolili pytamy czy nie ma tu jakiej kobiety, która by nam uprała koszule, a pani dyrektorowa na to: "proszę dać te koszule, panowie położą się do łóżek i prześpią, a ja sama upiorę". I tak się też stało.

Szereg dni ukrywaliśmy się w domu dyrektorstwa w Pruszkowie. Po ucieczce naszej z transportu, na miasto zostały wysłane patrole dla wyłapania zbiegów. O ile mi wiadomo z naszej grupy nikt nie został ujęty, za to wyłapano masę ludzi z warszawskimi paszportami, takich żandarmeria ładowała na ciężarówki, wywoziła do glinianek i tam rozstrzeliwała bez żadnego sądu. Wystarczył fakt, że się było warszawiakiem, żeby być uznanym przez Niemców za bandytę.

Siedząc w Pruszkowie dobrze ukryty u dobrych ludzi, nie mogłem na chwilę zapomnieć o moich kochanych. Myśl, że może Jadzia i Genia potrzebują mojej pomocy, a ja nie wiem nawet co się z nimi dzieje, nękała mnie w dzień i w nocy.

Spotkałem na ulicy jakąś kobietę z Elektoralnej, która mi opowiadała, że widziała p. Talikowską, trzymającą chłopczyka za rękę, na rogu Waliców, że płakała i nie wiedziała co ma ze sobą zrobić.

Ta wiadomość poruszyła mnie do żywego. Nie zważając na niebezpieczeństwo, postanowiłem odszukać je, albo ich ślad. Omijając posterunki, podszedłem do stacji i pojechałem z Pruszkowa E.K.D. do Podkowy Leśnej, gdzie miał swą willę p. Wacław Jacobson. Był to stryj Władka, wicedyrektor Banku Handlowego. Myślałem, że może u niego zastanę kogoś z rodziny Jacobsonów, kto będzie coś wiedział o Geni i Władkach.

Odszukałem willę "Jedlina". Zastałem całe towarzystwo przy obiedzie, deserze. Za stołem, o ile przypominam sobie, prócz gospodarza były same panie. Poproszono mnie do stołu. Niestety o moich kochanych nie mieli żadnych wiadomości.

Nikt nie zapytał mnie czy może jestem głodny. Jedna z młodych pań zaproponowała mi herbatę - podziękowałem. Kiedy Wacław Jacobson, który całe Powstanie przesiedział w swojej willi, zapytał mnie: "i cóż tam słychać w Warszawie?", wstałem, pożegnałem się i wyszedłem.

Po powrocie do Pruszkowa, wysłałem rozpaczliwe listy do Wacka do Kutna, wówczas Wartegau [2], w Reichu, prosząc, aby dowiadywał się wszystkimi możliwymi drogami, czy Jadzia i Genia nie przebywają w jakimś obozie w Niemczech, a jeżeli tak, to żeby szukał drogi do ich zwolnienia, względnie ulżenia ich doli.

Wkrótce dowiedziałem się, że część kobiet ewakuowanych z Warszawy, jakoby obozuje na cmentarzu przy kościele w Grodzisku. Zdecydowałem się jechać, wbrew ostrzeżeniom mych gospodarzy.

Chyłkiem, klucząc i omijając posterunki, dotarłem do przystanku E.K.D. i pojechałem do Grodziska.

Proboszczem był mój znajomy, wicenotariusz Sądu Arcybiskupiego, ks. Grabowski. Przyjął mnie w humorze, beztrosko. Oświadczył, że na cmentarzu kobiet już nie ma, zresztą nie były z Warszawy, opowiadał natomiast z przejęciem, że ma pełną plebanię artystów i artystek z Warszawy. Nie prosił siadać, nie prosił do środka, cała ta rozmowa odbyła się przed plebanią. Nie zaproponował mi nawet szklanki herbaty. Przekonałem się osobiście, że moich kochanych w Grodzisku nie było.

Wracałem więc kolejką elektryczną do Pruszkowa. Byłem jedynym mężczyzną w wagonie i jadące kobiety patrzyły na mnie ze zdziwieniem. Motorniczy wiedząc, że Niemcy, jakieś 1 - 2 km za stacją zwykle przeprowadzają kontrole podróżnych, całym gazem, jak to się mówi, przejechał punkt kontrolny. Kobiety uśmiechnęły się do mnie. Po chwili jednak motorniczy zaczął hamować i pociąg stanął, a mnie włosy stanęły dęba, kiedy zobaczyłem wchodzących do wagonu dwóch podoficerów niemieckich. Jeden podszedł do mnie i zażądał dokumentów. Z zimną krwią pokazałem mu legitymację adwokacką z pieczątką ze swastyką. Tego rodzaju dokument w Warszawie nie dawał żadnej ochrony, ale nie miałem wyboru.

I jak tu nie wierzyć w Opatrzność. Młody podoficer Wermachtu to nie żandarm warszawski. Widząc niemiecki dokument z "ptaszkiem" sprawdził jedynie tożsamość osoby, porównując fotografię z moją twarzą, po czym bez słowa zwrócił mi legitymację i wyszedł z wagonu, kobiet nie legitymował.

Oczy wszystkich były skierowane na mnie. Nie wolno zapominać, że był to okres Powstania i że każdy mężczyzna schwytany z dowodem warszawskim był uważany za bandytę i mógł przejechać się na pruszkowskie glinianki.

Już przeszło tydzień mieszkaliśmy u dyrektorostwa. Razem z nimi i ich rodziną omawialiśmy sytuację. Wieczorami chodziliśmy na strych, obserwować łuny nad Warszawą i określaliśmy przypuszczalnie palące się obiekty. Kilkakrotnie siedzieliśmy z Ferchem na tym strychu ukryci przez gospodarzy, bowiem niemieckie patrole kręciły się po sąsiednich domach.

Wkrótce sytuacja w Pruszkowie stała się dla nas groźna. Żandarmeria miała kontrolować dom po domu w poszukiwaniu elementów "niebezpiecznych". Trzeba było podziękować za gościnę i szukać innego schronienia. Ferch poszedł do Milanówka, gdzie miał znajomych.

Ja tymczasem dogadałem się z dyrektorową, że zna moją, stryjeczną siostrę, Irkę Drews z Borzęcina, która odstawiała nieraz ziemniaki ze swego majątku do "Rolnika" w Pruszkowie. Z tego więc tytułu, dyrektorowa uważała, że powinna się mną szczególnie zaopiekować.

Już na drugi dzień, wraca z miasta i mówi, że mam szczęście, spotkała chłopa z okolic Borzęcina, który przywiózł chorą matkę do szpitala w Pruszkowie i wkrótce będzie wracał. Już z nim umówiła się, że mnie zawiezie do Borzęcina. Niebezpieczeństwo jednak polegało na tym, że wszystkie przejazdy pruszkowskie, strzeżone były i kontrolowane przez Niemców, jedyne wyjście odjechać z Pruszkowa jakieś 5-6 kilometrów i dopiero przejazdem polnym, nie strzeżonym, przedostać się na drugą stronę torów. Siadłem z chłopkiem na wóz z duszą na ramieniu, zdjąłem marynarkę, rękawy koszuli podwinąłem po łokcie, udając rolnika.

Po szczęśliwym zatoczeniu wielkiego półkola, ominięciu posterunków i po dłuższej jeździe okrężnej, znaleźliśmy się pod Święcicami.

Pytam chłopa, jak tam w Borzęcinie, a on na to, że dzisiaj to już spokojnie, ale przedwczoraj to masę ludzi Niemcy pozabijali. Myślę sobie, ładny interes, dostałem się z deszczu pod rynnę. Pytam więc dalej, czy Niemcy już odjechali, "pewnie odjechali" odpowiada.

W minorowym nastroju, minąłem dwory w Święcicach i Piliszkach.

przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku