Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Zdjęcia do rozdziału
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-14 17:59:26
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XIII

Borzęcin

Przy wjeździe do Borzęcina, uderzyła mnie głucha cisza, panująca we wsi. Raz tylko mignęła mi w opłotkach chusta kobieca, poza tym pustka, ani dziecka, ani nawet psa.

Zajechaliśmy do dworu przezornie od strony sadu, omijając podjazd. Rozglądamy się czy gdzie Niemców nie widać, złażę z wozu i idę do dworu. Dom otwarty, pokoje puste. Wreszcie w kuchni zastaję Irkę samą. Padamy sobie w objęcia. Jej pierwsze słowa: "a gdzie Jadzia i Genia", tłumaczę, że zostały w Warszawie, że nas rozdzielono i nie wiem, jaki ich los, wreszcie, że uciekłem z transportu w Pruszkowie.

Przyjęła mnie najserdeczniej. Opowiedziała o wypadkach, jakie tu dwa dni temu zaszły.

Do konspiracji należeli: miejscowy ksiądz, nauczyciel, młynarz i kilku gospodarzy. Niemcy grabili ludność i dopuszczali się gwałtów. Z pobliskiego Zaborowa wpadli AK-owcy i sprawili Niemcom lanie.

W odwet przyjechała niemiecka ekspedycja karna. Kto zdążył - uciekł do pobliskiej Puszczy Kampinoskiej, rozstrzelali natomiast nauczyciela, młynarza i wielu mężczyzn. Ksiądz ostrzeżony w porę, zbiegł oknem. Irka z 13-letnią Anią i 15-letnim Zygmuntem ledwo z życiem uszła. Przesiedziała egzekucję z kobietami wiejskimi w rowie przydrożnym. Właśnie dzień przed tym wróciła do pustego domu. Służba rozbiegła się, po dwóch dniach wieczorem powróciła kucharka.

Odtąd przez sześć tygodni mieszkałem w Borzęcinie. Byłem tu jedynym mężczyzną, nie licząc Zygmusia, i stąd moje obowiązki "Wojskiego".

Chodząc po jadalni borzęcińskiej, patrzyłem na portret Zygmunta Drewsa, męża Irki, w mundurze oficera artylerii konnej, wspominałem czasy kiedyśmy tu gościli z Jadzią, Genią i Jasiem mile podejmowani przez Irkę. Dzisiaj wszystko to wydaje się snem. Zygmunt Drews w niewoli, Julek w niewoli, Mitek w wojsku na Wschodzie, Jasio Jacobson, Bobek Jakubowski, Zdziś Myśliński w A.K. w Powstaniu, a moje kochane z Jackiem zostały w płonącej Warszawie. Może nawet gdzieś wywiezione na roboty i rozdzielone ze sobą. Myśli te doprowadzały mnie do szału. Ja tylko tutaj ratuję swe życie. Czułem się, jak winowajca, że nie jestem razem z nimi.

Wieczorami wychodziłem do ogrodu i patrzyłem na łuny Warszawy, na wielkie kłębowisko dymów. Słychać było dzień i noc detonacje bomb lotniczych i artylerii. Patrząc jak urzeczony w czerwone niebo nad Warszawą, modliłem się żarliwie za ich wszystkich, wyobraźnia szarpała mi nerwy.

A tymczasem życie we dworze pełne było niebezpieczeństw. A to wizyty Treuhändera, to znów Gestapo czy żandarmerii, każdy chciał coś dla siebie skorzystać.

Najgorsze były noce, kiedy leżąc w łóżku nasłuchiwałem w ciemnościach szczekania psów i turkotu kół na drodze. Zawsze to pełne lęku pytanie - skręcą w boczną drogę do dworu, czy pojadą prosto.

Raz odgłosy z drogi poczęły się wyraźnie do dworu zbliżać. Nie było wątpliwości, że jakiś oddział wojska za chwilę tu będzie, ale kto? Gestapo? Ukraińcy?, może AK-owcy z Puszczy Kampinowskiej. Wreszcie energiczne kołatanie do drzwi wejściowych, zapalam świecę i idę. W jadalni spotykam Irkę, też nasłuchiwała. Tu nie pomoże pytanie: kto tam? Drzwi trzeba otworzyć. Pytanie tylko czy po otwarciu drzwi dostanę kulą w łeb czy kolbą.

Otwieram rygle i staje z boku ze świecą. Do hallu wchodzą oficerowie, ale jakoś im inaczej z oczu patrzy, mundury niby niemieckie, wreszcie rozpoznaję - Węgrzy. Tak, to oddziały węgierskie, oficerowie rezerwy, mówią po niemiecku, przyszli prosić o kwaterę, pobędą tutaj kilka dni. Dostają trzy wolne pokoje, dziękują za kolację, nie są głodni. Jest późno - idziemy spać.

Rano przy śniadaniu rozmowa. Jeden z nich, jak się okazuje jest profesorem konserwatorium, drugi farmaceutą, trzeci urzędnikiem państwowym, czwarty też jakimś inteligentem. Z rozmowy widać, ze Niemców nienawidzą, aczkolwiek starają się maskować swe przekonania.

Pytają, czyj to portret wisi nad fortepianem, mówimy gospodarza domu, męża tej oto pani. Kiedy usłyszeli, że jest w niewoli, przyglądają mu się z sympatią i szacunkiem.

W stosunku do nas zachowanie ich od pierwszej chwili było bez zarzutu. Żadnych rekwizycji; twierdzą, że wszystko mają. Profesor zainteresował się fortepianem, próbuje instrumentu.

Wychodzimy na dwór, żołnierze są zakwaterowani we wsi. Wszystko widać rezerwa, starsze roczniki, ludzie wymęczeni wojną, stęsknieni za własnym domem, dalecy od planów zaborczych.

Po obiedzie dowódca oświadczył nam, że w miejscowym kościele parafialnym o 7-mej wieczorem zostanie odprawiona, przez wojskowego kapelana msza św. Ponieważ proboszcza nie było kościół otworzył kościelny.

Poszliśmy wszyscy na to nabożeństwo, poszła wieś. Na organach grał profesor, major węgierski. Żołnierze powyciągali z kieszeni książeczki do nabożeństwa, różańce. Wszyscy modlili się żarliwie, widać było jak bardzo potrzebowali tej pociechy. Po tym śpiewali nabożne pieśni węgierskie. Nasze kobiety wiejskie, klęczały i zdawały się wtórować tym pieśniom, niezrozumiałym a jednak bliskim im duchem i słodyczą melodii.

Po mszy żołnierze rozeszli się do kwater, oficerowie do dworu. Dobrze nam było z nimi. Odczuwaliśmy, że gościmy przyjaciół, że póki oni są u nas, nic nam nie grozi.

Wieczorem major siadał do fortepianu i grał tęskne, sentymentalne melodie węgierskie, a potem walce. I on szukał jakiegoś ukojenia w muzyce. Niestety po tygodniowym postoju odeszli, żegnani przez nas po bratersku.

Innym razem na podwórze stajenne, wjechali jacyś wojskowi jeźdźcy i żądali właściciela.

Wyszedłem do nich, już z daleka poznałem łotrów - Ukraińcy. Oficer i kilku żołnierzy przyjechali rekwirować furaż. Nie było rady, trzeba tylko targować się, żeby nie za dużo wzięli i nie zaprószyli ognia.

Oficer-hajdamaka, siedział na koniu polskiej hodowli, z boku polska, kawaleryjska szabla, na oficerskim temblaku polski orzełek  Koń ma na łbie abażur z lampy z kolorowych szkiełek i jakieś ozdoby poprzypinane do uprzęży. Z twarzy patrzy mu zbój i cham.

Zabrali furaż, żołnierze myszkowali po stajni i oborze, trzeba było uważać, bo oczka im biegały niespokojnie. Zdawało nam się, żeśmy ich upilnowali. A jednak, kiedy furmanki odjechały, okazało się, że zarznęli i zabrali ze sobą barana z obory.

Innym znów razem przyjechała żandarmeria z Warszawy po kury. Wybierali z kurnika hodowlanego tylko koguty, załadowali na samochód i odjechali, zostawiając kwit rekwizycyjny.

Najgorsza jednak była wizyta pijanego oficera Gestapo. Zajechał samochodem z podoficerem. Zażądał czarnej kawy, bo właśnie kończyliśmy z Irką obiad. Rozsiadł się na tarasie od ogrodu i zaczął prowadzić rozmowę bardzo niebezpieczną i prowokacyjną, ciągle powtarzał, że może nas rozstrzelać.

Podoficer, z pistoletem maszynowym na kolanach, usiadł również na tarasie, nieco na uboczu. Ten miał twarz inteligentną i był trzeźwy. Okazało się, że to on pilnował oficera, żeby ten po pijanemu nie wywołał zajścia. Od czasu do czasu podoficer rzucał na nas jakieś porozumiewawcze spojrzenie. Byliśmy ostrożni i czujni. Wizyta ta coś niepokojąco przedłużała się. Naraz, gdzieś przed dworem padł strzał. Oficer zerwał się, chwycił za rewolwer i spojrzał na nas. Siedzieliśmy z Irką nieporuszeni. Podoficer ostrym tonem wezwał gestapowca do wyjścia. Ten wstając, ryknął na nas: "nie ruszać się z miejsca".

Okazało się, że strzał padł z rewolweru szofera, siedzącego w samochodzie przed dworem i był umówiony z podoficerem, jako sposób wywołania gestapowca, którego nałóg alkoholizmu widocznie dał im się jako podwładnym we znaki.

Kochana Irka, która tyle dobrego dla mnie zrobiła, przede wszystkim wystarała się w gminie Ożarów do której należał Borzęcin o zameldowanie mnie w kennkarcie z datą wsteczną, tj. 23 lipca 1944 r., a więc jeszcze przed wybuchem Powstania. Poczciwy sekretarz dał się nakłonić do tego niewinnego fałszu, a może zrobił to z dobrej woli a pszenicę traktował jako okolicznościowy upominek.

W pierwszych tygodniach po Powstaniu, taki meldunek miał jeszcze dla żandarmerii jakieś znaczenie, później już żadnego, wystarczała jak wspomniałem warszawska kennkarta, żeby zostać zatrzymanym.

Któregoś dnia, kiedy myłem się w łazience, niespodziewanie wszedł do dworu żandarm niemiecki. Przyszedł na kontrolę, zapytać Irki czy nie ma u niej "przybyszów".

Irka nie tracąc rezonu, zapewniła go, że prócz rodziny nikogo obcego nie na. Żandarm postał chwilę, zajrzał do pustej jadalni i wyszedł. Wszystko to rozegrało się w korytarzu kuchennym, pod oszklonymi drzwiami łazienki, w której ja przywarłem do ściany z zapartym oddechem.

Innym razem dano znać do dworu, że idzie łapanka. Mój meldunek już mnie nie chronił, toteż razem z Zygmusiem wybiegliśmy z domu i za ogrodem ukryliśmy się w rowie, gęsto zarośniętym cierniem.

Poprzez krzewy widać było jak na dłoni tyralierę żandarmów. Przeczesywała pole, dotykając jednym skrzydłem rowu, w którym leżeliśmy ukryci. Niemcy podchodzili krok po kroku w hełmach, z bronią gotową do strzału, coraz bliżej. Słyszałem bicie własnego serca. Jeżeli mają psa, jesteśmy zgubieni. Na szczęście psa nie mieli - przeszli.

Pobyt w Borzęcinie stawał się dla nas coraz bardziej niebezpieczny. Za blisko frontu. Należało się spodziewać wkrótce ofensywy sowieckiej.

Sąsiedzi, a zwłaszcza p. Murzynowski, radzili Irce, aby likwidowała inwentarze, póki coś za nie dają, bo nie ulega wątpliwości, że front przejdzie przez te okolice. Radził jej po spieniężeniu co się da, wyjechać z Borzęcina, ziemia przecież nie przepadnie.

Irka posłuchała tej dobrej rady. Częściowo sprzedała inwentarz i przenieśliśmy się do pobliskiego Ożarowa, gdzie zamieszkaliśmy w pokoju, na piętrze. W domu tym mieściła się wojskowa piekarnia, nasze okna wychodziły na główną ulicę - trakt na Puszczę Kampinowską.

Po paru dniach z tych okien ujrzeliśmy niezwykły widok. Ulicą jechał niekończący się sznur warszawskich dorożek. Na kozłach ukraińscy żołnierze, w dorożkach nagrabione mienie warszawiaków.

Czego tam nie było, na stosie pościeli, byle jak związanej, na kilimach, dywanach, siedział rozwalony Ukrainiec, trzymając w ręku czy to żyrandol, czy ptaka w klatce, czy inne wprost groteskowe przedmioty. Widać było, że dla tych dzikusów wszystko było nowe i warte rabunku.

Niemcy, przewidując ofensywę sowiecką, kazali im się wycofać w lasy pod Zaborów, i tam podobno, całe to wojsko ukraińskie zlikwidowali przy użyciu karabinów maszynowych, jako już im niepotrzebne i niepożądane. Na pożegnanie z Warszawą, pozwolili Niemcy tym bohaterom Zieleniaka zabrać pozostałe mienie mieszkańców.

Piszę "pozostałe", bowiem Niemcy przyznali sobie prawo pierwszeństwa do rabunku i segregacji mienia cywilnej ludności Warszawy.

W tych gorących dniach obudził nas któregoś ranka huk artylerii przeciwlotniczej. Wybiegliśmy na podwórze, gdzie ludzie już obserwowali mrowie spadochronów na niebie. Były to zrzuty amerykańskie dla Warszawy, a właściwie stos ofiarny młodych, polskich lotników.

Patrząc na te spadochrony, myślałem o moich kochanych w Warszawie, czy oni również na nie patrzą. Nie omyliłem się - patrzyły.

Mieszkając w Ozarowie otrzymaliśmy ostrzeżenie, że warszawskie Gestapo ma rozkaz oczyścić teren z wszelkich "przestępczych" elementów, inaczej mówiąc z mężczyzn od 16-tu lat, a to wszystko w przewidywaniu natarcia Sowietów.

Już wkrótce Niemcy przystąpili do tych łowów na ludzi. Do pomocy Gestapo przybyło wojsko. Rewidowali dom po domu, przeszukiwali w tyralierze wszystkie okoliczne pola. Sytuacja stała się dla mnie dramatyczna, nie było żadnych możliwości ucieczki, okolica obstawiona wojskiem.

Wówczas Irena wpadła na niezwykły pomysł. Znajoma Polka była sekretarką /czy tylko?/ miejscowego Landrata. Irka ogrodami przedostała się ze mną i Zygmusiem do Ladratury mieszczącej się w dawnym dworze. Sekretarka powiedziała, że tym razem łapankę przeprowadza warszawskie Gestapo, że władze miejscowe nie mają wpływu na nich, ani ona osobiście, ale proponuje, żeby nas Irka przyprowadziła do Landratury, a już ona nas ukryje.

Weszliśmy z Zygmusiem od kuchni. Sekretarka wprowadziła nas do jakiegoś pokoju /jak się później okazało prywatnego gabinetu Landrata/ i kazała nam się zamknąć na klucz. Przesiedzieliśmy tam kilka godzin, nadsłuchując gwaru głosów z sąsiednich pokoi.

Wreszcie rozległo się lekkie pukanie, głos kobiecy mówił po polsku, proszę otworzyć. To kucharka, Polka ze dworu, wtajemniczona przez sekretarkę przyniosła nam obiad i to jaki obiad, i powiedziała szeptem, że w tej właśnie chwili cały sztab Gestapo i Wehrmachtu biorący udział w łapance, je obiad w jadalni, podejmowany przez Landrata.

Uspokoiła nas, że Landrat wie, że ma nie wchodzić do swego pokoju. Przez dziurkę od klucza, widzieliśmy amfiladę pałacowych pokojów i na końcu jadalnię, pełną wojskowych.

Jeszcze po godzinie przyszła sekretarka mówiąc, że możemy już wyjść, że Gestapo odjechało. Przeszliśmy więc z sekretarką do salonu Landratury i usiedli w fotelach, prócz nas była jeszcze jej koleżanka z jakimś typem. Rozmawiali o wynikach łapanki. Myśmy z Zygmusiem łapali dopiero oddech.

Wtem słychać przed gankiem klakson samochodu i po chwili do salonu wchodzi dwóch oficerów Wehrmachtu, wrócili, bo coś zapomnieli.

Ze zdziwieniem spoglądali na nas, ale czarująca sekretarka szybko się ich pozbyła. My również nie czekając na dalsze, ewentualne niespodzianki, wróciliśmy do Ożarowa.

I tak można by sobie w nieskończoność przypominać te niebezpieczne sytuacje, jakie przypadło nam w tych latach przeżywać.

Niemcy czynili przygotowania do odparcia ofensywy sowieckiej, wszystko dokoła żyło trwogą, przed zbliżającym się frontem. Czas było wyjeżdżać z Ożarowa.

Przyszedł do nas piechotą z Komorowa Roman, brat Irki i przyniósł wiadomość, że w określonym dniu on z żoną oraz Maryś Wieszczycką, która u niego bawi z synem, jadą do Częstochowy do dra Jana Talikowskiego i że tam się wszyscy zjedziemy. Był to ostatni dzwonek do wyjazdu - trzeba było korzystać, póki kursowały pociągi.

Po spieniężeniu resztek inwentarza, Irka z dziećmi i ja wyjechaliśmy do Częstochowy. W Koluszkach spotkaliśmy się z Romanami i Maryś i dalszą drogę odbyliśmy razem.

Dobiegały ostatnie dni września 1944 roku - Powstanie Warszawskie dogorywało.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku