Komunikat
Tłumacz stronę

Aby przetłumaczyć treść strony na inny język wybierz go z poniższej listy.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki wyślij wiadomość na: kontakt@kronikatalikowskich.com

Spis treści
Logowanie
ostatnia aktualizacja: 2010-09-17 11:01:43
Przejdź do komentarzy (0)
wielkość czcionki: A   A+   A++

Rozdział XIII

Moi kochani w Powstaniu

Tymczasem Jadzia, Genia, Władek, Jacuś i nasza Zosia, wypędzeni z Elektoralnej wraz z innymi kobietami i dziećmi, po wyjściu z bramy, skierowani zostali w stronę Woli. Szły gromadą, trasą, którą ja miałem przejść godzinę później, jednak one trafiły na czas największych walk i pożarów. Kiedy zbliżały się do skrzyżowania Chłodnej z Żelazną, szła gęsta strzelanina a żar z płonących wokół domów był tak silny, że zapierał oddech, zaś czarne, gryzące chmury dymu i sadzy przesłaniały pole widzenia. Wszystkie kobiety płakały, przerażone, a wtórowały im dzieci.

Po dojściu do Waliców, zatrzymały się bezradne i zalęknione strzałami i szalejącym wokół żywiołem. Jakiś niemiecki oficer ruchem ręki skierował je w ulicę Waliców, tam było spokojniej, kule nie dochodziły, nie było jeszcze pożarów.

Szły szybko, aby czym prędzej oddalić się od pola ostrzału. Po przebyciu kilkuset kroków, na rogu Krochmalnej, natknęły się na barykadę, obsadzoną przez jakieś wojsko. Zatrzymały się, nie wiedząc co czynić. Wówczas od strony barykady, rozległy się polskie okrzyki: "chodźcie, chodźcie".

Barykada ta, zbudowana poprzedniego wieczoru, obsadzona była przez żołnierzy połączonych oddziałów zgrupowania "Chrobry II" i kompanię kpt. Hala z Woli. Niemcy o istnieniu jej mogli nawet nie wiedzieć.

Przepuszczone bocznym przejściem, znalazły się z powrotem w walczącej Warszawie. Odtąd przez 56 dni miały dzielić powstańcze losy i dole. Początkowo schroniły się w pobliskich zabudowaniach browaru Haberbuscha skąd, po przenocowaniu w ciężkich warunkach na mokrej i brudnej podłodze, przedostały się Sienną do dr Trzaskowskiego. Tam się umyły, trochę odpoczęły i znów do piwnic, bo naloty trwały bez przerwy.

Po kilku dniach z kolei Sienna była zagrożona, trzeba było wędrować dalej i tu zaczęło się to bezdomne życie, wędrówka pod obstrzałem po ulicach, bramach by wreszcie znaleźć nocleg w piwnicach warszawskich kamienic.

Z Siennej udały sie na Marszałkowską 90. Po kilku dniach pobytu, ten czteropiętrowy dom, został trafiony bombą lotniczą i zawalił się. Jak mi opowiadała Genia, siedzenie w ciemnych piwnicach, zawszonych, przy nieustannym gwiździe nurkujących stukasów, ogłuszające detonacje bomb, byle jakie odżywianie się zimną strawą – wszystko to osłabiało odporność organizmu. Nerwy potrzebowały narkozy – papierosów. Gotowa była zapłacić za nie każdą żądaną cenę. Dowiedziawszy się, że córka dozorcy domu robi papierosy na sprzedaż, udała się do mieszkania w bramie. Kupiła papierosy, zapaliła i już miała wracać do piwnicy, kiedy rozległ się ten piekielny huk. Dom zatrząsł się, zachwiał i runął. Zrobiło się ciemno.

Słychać było tylko sypiący się zewsząd gruz. Dłuższą chwilę nic nie było widać.

Po opadnięciu pyłu otwarto drzwi mieszkania, Genia rzuciła się do wejścia, do piwnicy w podwórzu gdzie zostawiła Jacka i najbliższych. Na szczęście wejście do piwnicy nie zostało zasypane, wewnątrz wszyscy ocaleli. Bomba rozwaliła cztery piętra frontu.

Trzeba było szukać innego schronu. Ktoś im poradził, już dziś nie pamiętam, kto i dlaczego, zdaje się, że w pobliżu mieszkali Leśniewscy, żeby się udać na Hortensji.

Znów z narażeniem życia pod murami domów przedostały się na ulicę Hortensji. Nie na długo tam znalazły schronienie, bomba i ten dom zwaliła. Ale Opatrzność nad nimi czuwała.

Teraz jednak postanowili przedostać się do kuzynów Władka – Edków Piaszczyńskich na Nowogrodzką. Trzeba było jednak zaryzykować przejście przez skrzyżowanie z Alejami Jerozolimskimi, będące pod nieustannym obstrzałem Niemców. Można się było przedostać tylko wykopami od Brackiej.

Oficerowie A.K. przez lornetki obserwowali Niemców i na dany znak przez głośniki ludzie przebiegali szybko wykopami, schyleni, jak tylko można było, na drugą stronę Alei Jerozolimskich.

Trzeba było przy tym przechodzić przez różne rury i przewody, znajdujące się w wykopach i przenosić przez nie Jacka, przy tym uważać, żeby jak to mówią, czubek nosa nie wyjrzał, bo Niemcy zaraz w to miejsce ładowali serię z automatu. Udało się.

Edkowie przyjęli ich serdecznie. Edek wyciągnął nawet skądciś butelkę wina dla odprężenia nerwów, a jako komendant domu, ulokował moich kochanych w mieszkaniu nieobecnego lokatora, w podwórzu na piętrze. Dom był sześcio czy siedmiopiętrowy. Niewiele z tego lokalu korzystali, bo trzeba było schodzić do piwnicy.

Pamięć zacnych ludzi nawet po śmierci trzeba szanować i wdzięcznie wspominać, toteż składam hołd cieniom tego prawego i dobrego człowieka, którego los tak srogo doświadczył.

Jego ukochana, jedyna córka Ewa, za rzekome szpiegostwo na rzecz Anglii, została sądzona przez polsko – stalinowski sąd wojskowy i skazana na dożywocie. Odwiedzał nas wielokrotnie przybity tym ciosem i stale powtarzał to jedno słowo: "A łajdaki". Po październiku zwolniono ją z więzienia, ale już ojca przy życiu nie zastała. Ewa wraz z mężem, młodym inżynierem /rozstrzelanym później przez stalinowców/, brała udział w Powstaniu Warszawskim i po kapitulacji razem z mężem wywieziona została do Niemiec, skąd wrócili do Kraju – po śmierć.

Edek Piaszczyński, żonaty z panną Deubel, był ciotecznym bratem Władka. Był on spadkobiercą po matce starej warszawskiej firmy "Alfons Mann" założonej w 1809 roku, fabryki narzędzi chirurgicznych.

Otóż u Piaszczyńskich a raczej razem z nimi przesiedziały moje dziewczynki w piwnicach do końca Powstania – do kapitulacji.

Przez cały czas walk, najbardziej aktywną i odważną była Jadzia, w bramie na punkcie sanitarnym opatrywała rannych. Chodziła z narażeniem życia po mieście, zdobywała żywność. Wraz z naszą Zosią, chodziły do browaru Haberbuscha i tam napełniały torby jęczmieniem, który po tym w domu mełły na maszynce od kawy na śrutę i piekły podpłomyki. Przynosiła wiadomości i gazetki. Starała się utrzymać kontakt z oddziałami A.K., aby dowiedzieć się czegoś o swoim, walczącym jedynaku. Było to nieosiągalne, bowiem Jasio walczył na Sielcach i Dolnym Czerniakowie.

Geniusia więcej przebywała w piwnicy i zajmowała się dzieckiem, ale i jej udało się raz zdobyć dwa kartofle, które razem ze skórką ugotowała Jackowi. Dbała, żeby dziecko przetrwało. Był to przecież najcenniejszy depozyt, jaki jego matka umierając nam powierzyła.

Zosia, jak tylko warunki na to pozwalały, a więc nocą, bądź w czasie przerw w nalotach, szła na piętro, rozpalała ogień na kuchni i pitrasiła jakąś kaszę czy polewkę. Jej staraniom wszyscy moi zawdzięczali od czasu do czasu ciepłą strawę. Również ona troszczyła się o zdobycie kubełka świeżej wody. Nieraz z narażeniem życia szła do odległej studni by zapewnić wszystkim herbatę.

Jak już uprzednio wspomniałem, wkrótce po rozdzieleniu mnie z rodzina na podwórzu Elektoralnej, rozległy się na ulicy salwy karabinowe. Moje siostry, jak i wiele z obecnych kobiet, sądziły, że to nas Niemcy rozstrzelali. Później dopiero wyjaśniło się, że żadnej egzekucji nie było, ze strzelali nasi z barykady z rogu Solnej. Poszukiwały mnie jednak za pomocą kartek, rozlepianych na słupach tramwajowych i latarnianych, jak to wówczas czynili inni.

Kartki były tej treści: - "siostry poszukują adwokata Stefana Talikowskiego, ostatnio widzianego na ulicy Elektoralnej w dniu 7 sierpnia r.b. wiadomość ulica Nowogrodzka itd."

Nie dało to oczywiście wyników – zbyt wiele było tych kartek, zresztą co kto mógł wiedzieć o moim losie w warunkach w jakich opuszczałem Warszawę.

I tak uchodził dzień za dniem, noc po nocy, pełne nerwowego napięcia i trwogi o najbliższych. Dnie i noce trwania, walki o przeżycie. Wynędzniałe, głodne, zawszone, ale harde i nieugięte bez słowa skargi trwały w Powstaniu.

Niemcy ogłaszali, że kto z ludności pragnie opuścić miasto będzie mógł to uczynić, stawiając się w oznaczonym czasie na punkcie zbornym... Nikt się nie zgłosił.

Nawet Jacek doczekał się swego aktywnego udziału w Powstaniu. Kiedyś z zazdrością w oczach przyglądał się w bramie domu, jak oficer wydawał zlecenia małym chłopcom, łącznikom. Spostrzegł to ów oficer, wyjął notes, napisał kilka słów, wydarł kartkę i podając ją Jackowi, kazał zanieść do bramy następnego domu. Jacek wykonał zadanie /pod czujnym okiem Geni/ i wrócił, meldując się oficerowi.

Zbliżał się październik. Miażdżąca przewaga wroga wyposażonego we wszelkiego rodzaju broń, od samolotów, dział kolejowych do czołgów i miotaczy ognia włącznie, brak jakiejkolwiek realnej pomocy z zewnątrz, poza zbrojnymi manifestacjami Wschodu i Zachodu, jak zrzuty, desant z Pragi itp. do wykonania których zarówno Anglicy jak Rosjanie używali Polaków – zdecydowały o kapitulacji.

2 października 1944 roku Armia Krajowa kapitulowała, uznana przez Niemców za stronę wojującą. Niemcy zmuszeni zostali salutować niedawnych "bandytów".

Wędrując i tułając się po piwnicach, Jadzia i Genia miały swój stały bagaż, z którym się nie rozstawały: przede wszystkim Jacka, następnie każda z nich miała neseser z biżuterią i dokumentami, a nadto Genia prowadziła naszego, przemiłego, super rasowego psiaka, spaniela japońskiego Toy΄a. Otóż przed wyjściem z Warszawy przeżyła Genia jeszcze jedną przykrość. Toy΄a był już stary, chory, trudno było zdobyć dla niego pożywienie, nadto oślepł, jego obecność w piwnicach była powodem różnych przytyków, nie pozbawionych w ówczesnych warunkach, słuszności.

Opuszczając Warszawę zwróciła się do żołnierza A.K. z prośbą, żeby psa zastrzelił. Żołnierz zrobił to jednym, celnym strzałem. W jej obecności przysypał go gruzem w ruinach domu na Nowogrodzkiej.

Zawsze wspominała, że wolała już to, jak doczekać się, żeby Toy΄a przy wyjściu z punktu zbornego odebrali jej Niemcy, jak to zrobili z innymi pupilami.

Po kapitulacji Niemcy ogłosili, że mieszkańcy Śródmieścia, w tym Nowogrodzkiej, mają stawić się na punkt zborny przy Dworcu Głównym.

Stali tam strzeżeni przez uzbrojonych Niemców i stamtąd skierowano ich piechotą na Szczęśliwice.

Szła więc długa kolumna warszawiaków - szli głodni, zmęczeni do ostatnich granic, niosąc swoje walizki, pledy i palta, wygnańcy z własnego miasta.

Po raz pierwszy od 63 dni spojrzeli na świat. Dzień był słoneczny, na okolicznych, podwarszawskich polach czerwieniły się ostatnie, jesienne pomidory. Ludzie je zrywali i jedli, jak jakieś owoce życia.

Pod Szczęśliwicami czekała moją Geniusię jeszcze jedna próba nerwów. Trzeba było przejść po kładce przez głęboki na dwa piętra rów przeciwczołgowy, a kładka ta to po prostu deska. Genia, trzymając za rękę dziecko, a Zosia z tyłu asekurując ich jakoś szczęśliwie tę przeszkodę pokonały. Dalej była już droga wolna.

Po długim marszu, dotarły wreszcie do Milanówka. Tutaj dopiero po dwóch miesiącach, zimnej przeważnie strawy, zjedli w miejscowej restauracji pierwszy obiad: kotlety wieprzowe z kartoflami i dużo białego pieczywa.

Pamiętam, jak Genia opowiadała, że ten kontrast oglądanej rzeczywistości z opuszczoną Warszawą, wydawał im się czymś nierealnym. Nie do wiary był fakt, że w kioskach ulicznych Milanówka, można było kupić dowoli białych bułek.

Patrole niemieckie krążyły jednak po Milanówku i wyłapywały ludzi na roboty. Było już mało czasu do godziny policyjnej, należało znaleźć nocleg, a to wcale nie było łatwe.

Wreszcie po długich poszukiwaniach i wielu odmowach, jakaś dobra kobieta odstąpiła im pokój bez łóżek. Genia z Zosią naniosły słomy i znów ta dobra kobieta widząc ich bezradne wysiłki, użyczyła im dużego kilimu, którym przykryły słomę i tak się wszyscy, leżąc pokotem, przespali.

Rano spotkały na stacji w Milanówku p. Nowakowskiego z Warszawy, od którego uzyskały pierwszą wiadomość o mnie, że żyję i jestem w Częstochowie.

Geniusia wystarała się czym prędzej w Delegaturze Polskiego Komitetu Opiekuńczego R.G.O. dla siebie i Jacka, a Władkowie z kolei dla siebie i Zosi poświadczenie podróży do Częstochowy tzw. Reisebescheinigung, stwierdzające w rubryce: cel podróży Umsiedler, podpisał je pod pieczątką Hauptman Tru. Ostkommandantur Milanówek, z datą 7 oktober 1944 /zachowało się/.

Wyjechali jednak z Milanówka dopiero 11 października, Jadzia bowiem pragnęła zasięgnąć wieści o Jasiu w Bujałach, majątku Zygmuntów Jacobsonów, koło Nowego Miasta nad Pilicą.

Już uprzednio uzyskała wiadomość, że Jasiek po morderczych walkach i upadku akcji A.K. w Sielcach i Dolnym Czerniakowie, wycofał się z niedobitkami jego oddziału nad Pilicę, przeprawił się i w Puszczy Pilickiej przyłączył do partyzantki.

Miała więc wiadomość, że wyszedł cało z Powstania, nie miała jednak wieści co się z nim dzieje obecnie.

Wraz z jakąś kobietą z tamtych stron, którą przypadkowo poznała w Milanówku, udała się do Nowego Miasta, częściowo autobusem, częściowo piechotą. Dotarła. Widziała się z Jasią, żoną Zygmunta i od niej dowiedziała się, że Jasiek walczy nadal w lasach nad Pilicą, że nawet dał się we znaki Niemcom, jako "porucznik Janek". Że zrobił parę razy wypad z lasów do Bujał /majątku jego stryja/ skąd zwerbował kilku chłopców wiejskich do swego oddziału.

Jadzia wróciła szczęśliwie do Milanówka i już wszyscy razem wyjechali do Częstochowy.



przejdź do początku

Komentarze (0)


Jeszcze nikt nie skomentował tego rozdziału. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

UWAGA! Jeśli posiadasz konto w serwisie zaloguj się. Ułatwisz w ten sposób identyfikację oraz skrócisz czas oczekiwania na pojawienie się Twojego komentarza.

Jeśli chcesz się skontaktować z redaktorami kroniki napisz wiadomość na kontakt@kronikatalikowskich.com



Pozostało ci 2000 znaków


przejdź do początku